środa, 17 lipca 2019

Żabą być...


Żaba trawna, moczarowa,wodna - ogólnie nic pięknego nie ma w tym zwierzątku należącym do gromady płazów. Jednak wszyscy powinniśmy doceniać jej możliwości w łapaniu owadów, zjadania szkodliwych chrząszczy (w większości wielkich szkodników). Żaba zjada również ślimaki i larwy stonki. W związku z tym, że tak dbale opiekują się naszą przyrodą żabki, to są pod ochroną. Nie wolno ich niepokoić, robić im krzywdy żadnej, a już na pewno nie wolno ich zabijać.

Ale żabki mają swoich naturalnych wrogów... bociany i jeże skądinąd sympatyczne jedno i drugie zwierzę... na śniadanie lubią wtrącić sobie żabkę lub ewentualną ropuszkę.
Taki łańcuch pokarmowy: żaba zjada muchę, żabę wcina bocian, a bociana sęp, wilki i tak dalej.
Wśród ludzi też znajdziemy smakoszy żaby. Gdy mi opowiedziano jak się gotuje żabę i co ona wtedy czuje, szybko zrozumiałam, że niewiele mi do niej brakuje.

Wyobraźmy sobie, że umieszczamy żabę w naczyniu z wodą i zaczynamy ją podgrzewać... co się dzieje? Żabka dzielnie się temu poddaje. Wraz ze wzrostem temperatury wody zaczyna dostosowywać temperaturę swojego ciała. W normalnym jej świecie tym bez gotowania też tak czyni, dostosowuje się do środowiska, w którym żyje. Jeśli temperatura nagle wzrośnie, to jeszcze wyskoczy ze stanu wrzątku i uratuje życie, ale gdy ta sytuacja będzie delikatna i długa... przyjmie ją jako normalny swój stan i z przegrzania umrze. Będzie jeszcze próbowała coś zmienić, ale sił już nie będzie miała, bo całą energię zużyła na niedobre dla niej... przystosowywanie się.
Żaba umarła.

Jednak śmierć żaby ma o wiele głębsze dno do przeanalizowania, niż podsumowanie, że umarła ugotowana żywcem, czy z powodu udaru cieplnego, czy wręcz spalenia na mokro.
Żaba umarła, bo zbyt długo podejmowała decyzję. Kiedy jeszcze miała chwilę, jeszcze nie była zbytnio poraniona, gorącem poparzona... mogła wyskoczyć i uratować życie. A tak? Może została dodatkowo zjedzona (?)

Ja tak jak wyżej wymieniona żaba, mam częstą skłonność do przystosowywania się... nie reagując na to, że jest mi w jakiejś sytuacji niewygodnie, gorzej. Niepostrzeżenie, po cichutku, pod płaszczykiem przyjaźni pojawiła się w moim życiu kobieta. Czułam, że jest wyniosła, skierowana na siebie, że jej pycha, egoizm mnie bardzo dotyka. A jednak brnęłam w tę znajomość.
Całą swoją dobrą energię kierowałam by tę relację w dobrą stronę rozwijać, w kieszeń chowając swoją rację.
Potulnie godziłam się na wszystko, przytakiwałam jak trzeba, głową na "nie" kręciłam, gdy inna była potrzeba.

Mimo całego już zmęczenia emocjonalnego, wypalenia energii życiowej, mimo poczucia, że ja nie chcę dłużej być tak zniewolona, że ja do innego życia jestem stworzona... nie potrafiłam w porę wyskoczyć z tego związku.
Przyzwyczaiłam się, że ja jestem ta gorsza, co może kupować jedzenie na promocji, ale jej: Ewie - nie wypada. Nie mogą jej klientki czy znajomi zobaczyć, że ona miesza w przecenach... ona jest z wyższej półki.

Mogłam godzinami i o dowolnej porze słuchać o jej problemach czy powtarzanych tych samych historiach, gdy ja się chciałam nieśmiało odezwać... otóż kończyła się rozmowa.
- Sorry kochana, ja nie mam czasu... tyle roboty, tyle papierów.
I jeszcze taki zwrot zapadł mi w pamięć: kup to wino, nie jest takie dobre, ale tanie przynajmniej... ja moim gościom podać takiego nie mogę.
- Nie mogę sobie pozwolić na niemarkowe ciuchy... każdy widzi i ocenia. A ta torebka to stąd i stąd
są, i buty też stamtąd (tu wykaz światowych marek).
Kiedyś zaczęłam o czymś mnie dotyczącym opowiadać.
- To mnie nie interesuje  -  nie chcę słyszeć o takich rzeczach (choć tematy były różne; może niezbyt inspirujące dla tej młodej osoby ;-)) - w odpowiedzi usłyszałam.

Pocieszałam, wspierałam w rozterkach. Przyzwyczaiłam się, że Ewa zarozumiała jest, wyniosła i traktuje mnie instrumentalnie... nazwałabym to hedonizmem. Niestety :((
Nie słuchałam już, nie patrzyłam, nic nie mówiłam... nie pamiętałam, przemilczałam... co się dało w żart obracałam.
- Taka już jest... usprawiedliwiałam ją, bo żal mi jej było i przecież lubiłam ją. Bagatelizowałam, to co o mnie mówiła, czasem lekceważyła. Czułam, że jestem jej potrzebna... a najbardziej moja do niej cierpliwość, wyrozumiałość i łagodność. (Chyba myliłam się?)

Współczułam jej samotności... wspierałam w determinacji znalezienia miłości, której jak kania dżdżu pragnęła (pragnie do dziś... i życzę jej tego spełnienia z całego serca mego :-))
Myślę, że ona nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że ważniaczką jest, nie chce, bądź nie widzi swoich błędów...  Jej miłość własna jest większa niż ona sama. Kłóci się to z tym, że lubi zwierzęta.
Nigdy nie wiedziałam, kiedy i z jakiego powodu Ewa bez uprzedzenia strzeli focha lub obrazi się, bo po jej myśli nie pójdzie coś.
- To co ja robię, to co ja myślę i mój czas to wszystko nieistotne, pikuś wobec tego co ona Ewa ma na głowie. - Ale, to nic... przyjmowałam ze spokojem, choć nieco przykro było mi... Ale cóż, nikt nie jest idealny i sytuacji idealnych też nie ma.

Mimo wszystko ze swoją całą życzliwością trwałam przy niej wiele lat... z dwuletnią przerwą kiedy coś znowu jej nie przypasiło...  telefony przestała odbierać. Ale wróciła... jak gdyby nigdy nic... bez żadnego wyjaśnienia.
Uraz nie chowam wcale, więc ją przyjęłam = z powrotem. I znowu było jak było...
Ale teraz się skończyło! Mówi się, że tak dzban długo wodę nosi aż ucho nie urwie się... I tak się też stało! Musiałam być asertywna, musiałam pomyśleć o sobie w bardzo ważnej kwestii, stąd Ewie odmówiłam w nagle sprecyzowanej potrzebie.
Ewa oczywiście obraziła się!
Nie mogłam postąpić inaczej, choć bym najbardziej chciała.
Na szali jednej - była Ewy wygoda i odpoczynek... na drugiej mój czas na co innego wcześniej przeznaczony i walka o zdrowie, które jak się okazało w danej chwili, jest w większej katastrofie niż wcześniej się wydawało. Ucho się od dzbana urwało, a ja wreszcie znalazłam odwagę i siły naraz…

Wyskoczyłam z tego wrzątku, uratowałam siebie również w ten sposób, że w ogóle podjęłam decyzję (nie czekałam na odpowiedni moment)...  znalazłam w sobie moc, która uratuje mi zdrowie... ale też uświadomiłam sobie, że muszę inaczej spojrzeć na Ewę i siebie. Nie może być tak, że jedna ze stron czuje się gorsza, a druga chełpi wielkością... każdy ma prawo do własnego zdania... błędy są do zrozumienia i wybaczenia... jeśli nie chodzi o sprawę życia lub śmierci... to trzeba mieć do przyjaciół więcej tolerancji w zakresie wymagania od nich pomocy.
Nigdy więcej nie będę już żabą wrzuconą do wrzątku. A jeśli? by się jednak tak stało, bo różnie w życiu bywa, to już wiem, że nie będę czekać - wyskoczę od razu... bez namyślania!
Ta znajomość nigdy nie podważyła mojej pewności siebie, ale? Kilka razy w niemiłej konsternacji postawiła.
Nie chcę, żeby w relacjach z kimkolwiek to do mnie wróciło.

Żaba*… w symbolice chińskiej niesie dobrobyt i szczęście. Ale żywa!... nie ugotowana przecie ;-))






10 komentarzy:

  1. Jesteś niesamowita, bardzo podoba mi się Twój post. Wiesz, napisałyśmy o czymś podobnym. Ja dwa lata potrzebowałam, by odejść od człowieka, który nie dawał mi tego, czego potrzebowałam. Ja tylko dawałam i dawałam. Wiedziałam, że powinnam uciekać, wiedziałam od samego początku, nie słuchałam jednak tych cichych wskazówek. No, ale lekcja odrobiona i teraz słucham. Mam inny problem. Dwadzieścia lat przyjaźni, nagle przyjaciółka zapomina, że jej potrzebuję, przecież wracam od neurologa, przecież płaczę z jakiegoś tam innego powodu... Wiesz, wiele razy rozmawiałam, tłumaczyłam i nie żebym zakończyła przyjaźń, bo ona jest, tylko że już inna. Tyle ile mi daje, tyle ja oddaję... bo tez ile można tłumaczyć, jak można nie być obok, kiedy przyjaciel czeka na ważne wyniki badań, a ty możesz być obok i wiesz, że przyjaciel tego potrzebuje... Nie wiem, jak to dalej będzie, widzę jednak małą poprawę, ale to jeszcze nie to. Już na pewno nie będę dawać za dużo tym, którzy tego nie cenią, zapomną, jak tylko pojawi się w ich życiu coś bądź ktoś inny. Koniec z tym! Twarda ze mnie kobieta, coraz twardsza. :) Dziękuję za Twój blog. <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślę, że każda z nas jest żabą, ale nie każda osoba, chce wyskoczyć z wrzątku ;-)
    Pozdrawiam serdecznie.Piękne haftowane wdzianko :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. W swoim życiu miałam do czynienia z dwoma takimi kobietami, jak opisana przez Ciebie Ewa. W stosunku do nich także zdobyłam się na zakończenie znajomości,bo groziło mi załamanie nerwowe a może nawet depresja. Stylizacja bardzo letnia i miła dla oka. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze uczyniłaś kończąc ten męczący związek, w którym pomaganie i wspieranie działało tylko w jedną stronę.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Twoje allegorie sa niesamowite, ciesze sie, ze udalo Ci sie wysfobodzic z takiego chorej relacji. Jestes wspaniala kobieta, od oktorej mozna sie nauczyc i mozna na ciebie liczyc w kazdej sytuacji, ale tak jak piszesz ucho sie urwalo. Czasami jestesmy w sytuacji, ze dajemy, pomagamy i inni moga na nas liczyc, ale zycie pokazuje, ze sa momenty, ze my tej pomocy i wsparcia oczekujemy. Pozdrawiam i zycze wszystkiego najlepszego :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo dobrze zrobiłaś! Też mam w swoim otoczeniu takie osobistości, które mają się za pępek świata a cudze problemy mają gdzieś. Lepiej być samej niż poświęcać czas takim osobom. Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Zawsze mnie dziwiła taka niezwykła przyjaźń dorosłych kobiet gdy jedna "wykorzystywała" drugą jako "tło by błyszczeć". To toksyczny układ i niestety zdarza się nawet w rodzinie. Znam przypowieść o żabie i wężu , wąż podobno hipnotyzuje żabę wzrokiem a ta choć piszczy ze strachu nie potrafi oprzeć się urokowi węża i ginie. Ja mam charakter nosorożca też długo znoszę różne ukłucia ale jak się wkurzę to gonię "paskudę" aż rozdepczę;)) Pozdrawiam kochane żabki i drogie nosorożce ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Brawo! Bardzo dobra decyzja - otaczajmy się ludźmi, przy których wzrastamy, a nie takimi, którzy podcinają nam skrzydła. Uściski, Renata :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Miałam ciary, kiedy czytałam o gotowaniu żaby... Porównanie Twojej znajomości z ową Panią - niesamowite.
    Podpisuję się pod Twoim mądrym tekstem. Trzeba uciekać od toksycznych związków, pseudo przyjaźni.
    Nie znam zawartości szafy pani Ewy, ale Ty wyglądasz obłędnie.
    Tak trzymać :)

    OdpowiedzUsuń