niedziela, 28 października 2018

Reset... pomiędzy


Reset, czyli ustawić od początku, wyzerować. Definicja "reset" mówi o przywróceniu urządzenia do ustawień fabrycznych. To proste jeśli chodzi o telefon czy kompa, ale reset w życiu, by zacząć wszystko od nowa. To nie takie proste. Łatwo powiedzieć "reset", gruba kreska...  Łatwo powiedzieć, ale trudniej wykonać. Bo ile można robić tych początków... jedno małżeństwo... skończone, bo albo śmierć, albo niedopasowanie charakterów ;-) delikatnie mówiąc. Koniec jest koniec. Choroba jedna odepchnięta... ulga... ale cóż druga już do lędźwi puka. Jeszcze jedna przyczyna nieogarnięta, skutek niezlikwidowany, a tu serce coś kołacze zbyt mocno i suchość w gardle poddusza. Szkoła ta czy inna, potem następna... po radości ukończenia jednej tu trzeba w innej dalej wiedzę zdobywać. Tak też z tą pracą. Walczymy o nią, o awanse... po to, żeby się rozwijać, na wyżyny wspinać. Ale coś się nieoczekiwanego dzieje...  następnej szukać trzeba. Zmiana nieoczekiwana. Nie jesteśmy wstanie przewidzieć czy ten kolejny etap będzie dla nas lepszy czy z trudniejszym będzie się wiązał zadaniem. 

W końcu nastaje ten czas... między naszymi narodzinami, a przewidywanym końcem, bo on przed nikim nie jest ukrywany i dla każdego taki sam... Nastaje taki czas, w którym powinniśmy sami, świadomie sami przytrzymać włącznik zasilania i zastanowić się: co ważne jest, co było i powinno być w tyle ;-), czego jeszcze pragniemy i na czym stoimy. Ten moment nie jest absolutnie zależny od wieku. Czasem, przychodzi nam kilka razy w swym życiu ten klawisz stopu przycisnąć zanim w dalszą wyruszy się drogę. 

Życie to ten okres (jakby ktoś nie wiedział ;-) okres pomiędzy radością a smutkiem...; pewnością a zdziwieniem...; bielą a czernią... profesjonalizmem a rutyną...; zauroczeniem, a miłością... ; różnorodnością a samotnością...; troską a cierpieniem...; młodością a jej schyłkiem...; sennością z namiętnego upojenia a bezsennością z nerwowości...  I tak można by bez końca wymieniać, co w tym życiu jest pomiędzy. Ale dzisiaj zależy mi na tym, żeby zatrzymać się na na tej chwili pomiędzy tamtymi, tej chwili, w której należy się zastanowić: co dalej? Co dalej, skoro nadeszły jakieś okoliczności, sytuacje się zmieniły, wydarzenia nastąpiły przykre... wszystko nie tak jak chciałoby się by było. Bo przecież na co dzień nie pamiętamy, nie przypominamy sobie, że nic nie trwa wiecznie i wszystko zdarza się pomiędzy

Więc by zrobić w w swoim życiu nowy początek,  móc mieć siły do dalszego uczestniczenia w  tym  wspaniałym doznaniu jakim jest przebywanie na tej Ziemi... należałoby zrobić rozliczenie starych spraw, pogodzić ze stratami, uporać z żalami, przekreślić to co łzy z cierpienia oczy nam zalało, przebaczyć, odsunąć od siebie gniew i irytację na rzeczy, na które nie mamy wpływu...

Zamknąć się w swoim ulubionym, bezpiecznym miejscu, wyłączyć telefon, nie otwierać drzwi, może kliknąć muzykę, którą lubimy... poskładać "papiery", uporządkować fotografie... a może na odwrót nic z tych rzeczy tylko obejrzeć głupią komedię... sposobów jest wiele na to, żeby pomiędzy codziennymi powinnościami znaleźć czas dla siebie... dla poskładania co  porozrywane, dla pożegnania czegoś nieodwracalnego... odnowić siły na przekór wszystkim i wszystkiemu. Życie jest jedno i toczy się niezależnie od  tego czy świeci słońce czy pada deszcz, czy radość tańczy z nami czy przerażenie nas oplata. Każdy, każdy, komu dane było poznać tego świata jasne i ciemne strony jest wybrańcem i  nie ma prawa tego zaprzepaścić . 

Dlatego pomiędzy ważnymi i zupełnie nieistotnymi historiami, wydarzeniami, wypadkami, problemami... ważne jest byśmy znaleźli czas na uporanie się ze swoimi demonami z przeszłości, bądź wprost przeciwnie przestali mitologizować przeszłość... wprowadzili STOP... TEGO JUŻ NE MA... Jest to i to... tu i teraz...  jest inaczej... ale Ty wciąż jesteś... wróć do siebie takiej jaką Ty lubisz, jaką lubi świat  odłóż wszystko co krępuje Cię.

Trudno jest zamknąć drzwi, oddzielić się od kogoś, od czegoś co w zamyśle miało być zawsze. Nawet przy pełnej świadomości popełnionych błędów... tego, że nie da się cofnąć raz postawionego kroku... żeby normalnie żyć, musimy postawić kropkę.

Zacząć inny niż dziesięć, może dwadzieścia czy więcej lat wstecz... początek.
Pomiędzy wszystkim musimy docenić, że wszystko czego doświadczyliśmy wiele nas nauczyło, wychowało i to jest nasz kapitał na nowy początek.

Jutro wstaje nowy dzień i daję słowo honoru, że będzie on jak najbardziej otwarty na nasze nowe błędy, a pomiędzy nimi na uśmiech.











niedziela, 14 października 2018

Boimy się!



Na świecie październik, dnia ubywa, choć ciepło się trzyma. Lato ze swoim słonecznym optymizmem sobie odeszło do historii. A w nas razem z zimnymi wieczorami, w które okrywamy się pledami, raczymy gorącą herbatką... zaczyna odzywać się jakiś lęk. Lęk, który w wakacje nie był tak obecny w rozgrzanej atmosferze, jeździe na rowerze... Topiły się te lęki w morzu, jeziorze, pod słońcem, gdzie jechaliśmy z paszportem i tu w  polskim kurorcie.

A teraz wraz z wczesnymi wieczorami, choć babie lato jak nigdy szaleje, w nas już się tak dusza nie śmieje. Obudziła się smutna, lękliwa jej strona. I przypomnienie: ja się boję! 

Taka prawda! Lęk towarzyszy nam każdego dnia (choć w słoneczny i ciepły jest w nas więcej dobrej energii). Boimy się o siebie, boimy o bliskich. O naszą przyszłość, o zdrowie, o pieniądze... o dach nad głową, o pracę, o egzaminy... Boimy się wyznać komuś prawdę dla nas niewygodną, czy prawdę dla kogoś bolesną. I zmienić pracę czy zrezygnować z jednej, a podjąć drugą też nam niełatwo. Odwagi nie mamy by odebrać wyniki od lekarza, bo boimy się by przypadkiem  nie okazały się złe. Boimy się, że się spóźnimy, że termin zawalimy... wyznać mężowi, że brak nam czułości i dość już go mamy. Przyjaciółce też boimy się powiedzieć by przestała się wtrącać w nasze sprawy i wprost jej przekazać, że może i ma w pewnych kwestiach rację, ale nie ma prawa wtrącać się w  nasze osobiste z dziećmi relacje. Boimy się też upomnieć o swoje... pożyczone pieniądze czy książkę... nawet o swoje gwarantowane przez państwo prawa boimy się zawalczyć.

Lekarza boimy się upomnieć, że to on dla nas jest, a nie my dla niego, i że on za leczenie nas otrzymuje pieniądze... a urlop? Urlop mu się należy, ale nasza choroba nie da się wysłać na wakacje, więc jeśli nie jeden z tych wybitnych medycznych umysłów... to drugi powinien - nie bać się nami zająć.

Boimy się odrzucenia, wzgardzenia, samotności, która to wydobywa z nas bolesne tęskności. Braku miłości, nieporadności, starości, śmierci w mękach (nawet bez mąk nie chcemy jej ;-)), zawiści, krytyki itede... boimy się. Nasze lęki są różnorodne i  nieprzebrane w swej obfitości. Małe i duże, ważne, dramatyczne, histeryczne, zatrważające nas, ale też śmieszące innych. Lęk o przetrwanie jest inny niż obawa, że jedząc ciastko się przytyje i w sukienkę nie zmieści... w tę co dopiero zakupioną.

Jeszcze myszy się boimy, pająków, i że się ośmieszymy  wypowiadając publicznie. Ciemność  powoduje dreszcze lęku przed ukazaniem się ducha czy gorszego upiora, a ciasne pomieszczenie nas przygniata... różnie to bywa. Gdy ekscytujemy się spotkaniem z nowo poznaną osobą to też jest to wyraz lęku, niepokoju jak zostaniemy odebrani czy nie strzelimy jakiegoś błędu... nie wspominając irytującej gafy ;-)

Lęki niezrozumiałe, ale też uzasadnione... bezpodstawne, wymyślone, dziwaczne i całkiem uprawnione. Lęki tworzą się w naszej głowie tak samo z oczekiwań, jak ze zwątpienia... z doznanej krzywdy, rozczarowania, lecz też ze szczęścia nagle otrzymanego... takiego jakim jest miłość na przykład. Zamiast cieszyć się nią i w tańcu jej uniesieniem wirować to pojawia się niepokój. Najpierw maleńki, a potem coraz większy, że jak jest tak dobrze, tak namiętnie, zgodnie i czarownie to gdzie jest ten knyf? I czy to jest miłość czy związek niby bliski, ale zawarty ze strachu przed samotnością? A może tak pięknie długo nie będzie, bo wydarzy się coś co  zakłóci, na inne tory ten stan zawróci? Może boimy się uczucia, bo wątpimy w nie, w jego prawdziwość... sami nie mamy wiary w siebie, czy w tę drugą osobę?

A może to jest strach przed otworzeniem szczerym w drugą stronę? Tak czy inaczej lęki te stopniowo zatruwają chwile, które powinny być słoneczne, uśmiechnięte... z czasem zabijają nas od wewnątrz. I powstaje kolejny lęk. Co dalej, jak w samotności żyć gdy zaufania w nas nie ma ani krzty?

Lęk przed zaśnięciem, który skręca w warkoczyk serce i lęk przed brakiem snu, który przywołuje demony... przed bólem, który kurczy się w łydkach, obrzmiewa w głowie... to lęki zabierające swobodę i w pogodny dzień sprowadzające burzę.

Jeśli tak tkwimy w szponach lęku, to tak jaby nie istniała terażniejszość - tylko wspomienie przeszłości, ale oczywiście tej nienajlepiej zapamiętanej i już się wgrywa obawa, obawa przed jutrem. Scalaki w skroniach się naprężają, gorąco nas dusi, zimny pot oblewa, oddech spłyca, serce przyśpiesza swe bicie, żołądek się kurczy, krew do nóg ucieka... tylko my uciec nie możemy i schować do bezpiecznej kryjówki. Tak rodzi się stres, który jest kumulacją tych naszych lęków. I ma wielkie przerażone oczy. A czasem ściśnięte powieki zalane łzami... To jest strach! Strach jest integralną częścią naszego życia.  Nie mieć racji  i mieć rację... jednakowo się ich boimy.

Czy ja mam lęki? Oczywiście... wszystkie wyżej wymienione i jeszcze więcej. Aż do momentu gdy zrozumiałam, że nawet nie wiem czego specjalnie się bałam (bałam - to jest czas przeszły :-))... i czas już skończyć z tym. Jestem dużą dziewczynką i już odpowiednia pora, a raczej pora już dawno pukała tylko ja jej nie otwierałam ;-))... by uświadomić sobie, że:

1. Należy powiedzieć sobie czego się boimy, określić rodzaj tych strachów i ich pochodzenie. Bo najgorszy jest lęk  przed czymś czego nie potrafimy nazwać
2. Podzielić te lęki na sprawy do załatwienia, do odrzucenia, wyśmiania, podzielenia z kimś życzliwym by zaradzić im.  
3. Zdać sobie sprawę, że bojąc się ulegamy zniewoleniu i tracimy czas na życie. A przecież życie kochamy ponad życie, więc nie można samemu podkładać mu kłód w postaci lęków i to jeszcze jakiś byle jakich. Należy więc działać, podjąć ryzyko ponaprawiania co się da i z mózgu wykreślenia odbierających dobrą energię wspomnień złych. 
4. Trzeba sobie zakodować i pamiętać... Wszelkie lęki doprowadzają do obłędu, szaleństwa... te z kolei doprowadzają do fizycznej choroby, która wprowadza kolejny lęk. Tak się tworzy koło, zaciska pętla i nie da się już kosztować życia. Tak będąc żywym, umarłym za życia się jest. 
5. Starość, zmiany to są koleje życia aż po szczyt, gdzie jest śmierć. I nic na to nie poradzimy, więc lęk przed nieuniknionym zupełnie bez sensu jest... zabiera teraźniejszość. Można pocieszyć się, że z góry widok na pewno lepszy jest ;-)
6. Jeśli na coś nie mamy wpływu, to lękanie się o to zabiera nie tylko czas, ale zaczadza rozum i serce traci moc.
7. Tylko głupi człowiek niczego się nie boi. Dojrzały człowiek powinien wiedzieć, że musi liczyć się z faktem iż pnąc się w górę, biegnąc szybko może w pewnym momencie zakręcić mu się w głowie... No i po prostu upaść. Ale lęk przed upadkiem nie może powstrzymywać go w drodze.

Lęk ma też swoją dobrą użyteczną, obronną stronę... przecież nie wejdziemy w ogień czy do klatki z głodnym tygrysem. Ja też wiem, że może zamienić się w obsesję, doprowadzić do paniki i wtedy? No cóż... i ciało odmawia nam posłuszeństwa.

Możemy pić melissę, dawkować sobie kropelki walerianki, łykać uspakajające tabletki, zapijać wysokoprocentowym trunkiem swe lęki (choć odwaga w tych momentach jest tylko chwilowa i okazuje się kłamstwem wielkim... lęki wracają z podwójną siłą), lecz póki nie uspokoimy zamkniętego w naszych wewnętrznych komórkach trzepoczącego, rozpaczliwego niepokoju, to niczego w swoim życiu nie zmienimy... wszystko, nawet osiągnięty sukces będzie dla nas porażką... bo? Bo zwyczajnie bać się będziemy, że mu nie podołamy. A jak uspokoić to zatrwożenie, a nie maskować dostarczaną z zewnątrz chemią?

Posłuchać siebie, posłuchać swojego lęku... nie czynić z niego wroga... tylko słuchać, zrozumieć, odnaleźć jego źródło i poszukać odpowiedniego sposobu by go ujarzmić, pozbyć się... wszystko po to aby nie ograniczać naszego życia, rozwoju, nie hamować marzeń.  To brzmi jak truizm, może to jest nawet truizm, ale: najważniejsze to umieć walczyć ze swoimi lękami. Bo czyś młody czyś stary masz prawo do komfortu... i zupełnie tu nie chodzi o pieniądze :-)) 







sobota, 6 października 2018

Ach te włosy... Trychoxin



W okresach wzmożonego przesilenia fizycznego i psychicznego moja córka Alicja raz po raz musi zmagać się z wypadaniem włosów. Wypadają w tak dużej ilości, wręcz garściami..., że co niektórzy dziwią się, że jeszcze jakieś włosy na głowie jej zostały. Nie brzmi to zbyt dobrze, prawda? Trafiają się i tacy, którzy pocieszają (a raczej próbują) ją słowami "Nie martw się. Kupimy ci ładną perukę". Ech.. Ci ludzie... nietakt czy też bardzo wysublimowane poczucie humoru? ;)

W nasze ręce podczas jednego z takiego "napadu" związanego z wypadaniem włosów wpadła kuracja Trychoxin - szampon i zestaw ampułek przeznaczony do stosowania przez miesiąc. I choć bez wątpienia - miesiąc to dosyć krótki czas na przetestowanie takiej kuracji... to jednak nawet po takim czasie można zauważyć małą poprawę w kwestii ilości wypadających włosów :)


W skład kuracji wchodzi szampon oraz 12 ampułek (na 24 aplikacje - w cyklu 6 dni stosowania, jeden dzień przerwy). Szampon na delikatny, przyjemny dla nosa zapach, nie zawiera parabenów, silikonów, SLS i SLES. Pieni się umiarkowanie, bez wątpienia na pokrycie włosów do łopatek... Nie wystarczą dwie krople, ale to 250 ml spokojnie wystarcza na mycie włosów przez miesiąc :) Włosy i skóra głowy są dobrze oczyszczone, ale szorstkie i tępe w dotyku, konieczne staje się zastosowanie jakiejś fajnej, zmiękczającej odżywki. To nie było dla córki zaskakujące ani nie stanowiło problemu. Szampon miał przede wszystkim zapobiec przerzedzaniu się włosów - w tej roli sprawdził się naprawdę dobrze - choć może to dzięki połączeniu jego stosowania z ampułkami? Alicja oczywiście po spienieniu produktu zostawiała go jeszcze na kilka minut na głowie, aby substancje w nim zawarte... kwas oleanolowy (zapobiegający nadmiernemu wypadaniu włosów), apigenina (zwiększająca mikrokrążenie w skórze głowy, co umożliwia lepsze przenikanie substancji aktywnych), peptide biotynylo GHK (wzmacniające włosy poprzez lepsze "ukorzenienie"), arginina (odżywiająca włosy) mogły lepiej wnikać i oddziaływać na skórę głowy :)


Potem przychodziła kolej na drugi etap kuracji - czyli ampułki :)
Odnoszę wrażenie, że w ciągu zaledwie miesięcznej kuracji... ampułki nie mogły zadziałać lepiej niż poprzez zmniejszenie wypadania włosów - I w tej roli naprawdę dobrze się spisały :) Działały w trzech fazach - przez hamowanie wypadania, wspomaganie wzrostu, wzmocnienie zakotwiczenia włosów.

Ampułki nie obciążały włosów - zarówno kiedy preparat był nakładany na mokre włosy... jak i wtedy, kiedy na suche. Alicja odczuwała niekiedy po aplikacji delikatne pieczenie, jednak był to jedynie dowód na to, że substancje pobudzają krążenie w skórze głowy.

Kuracja Trychoxin to bardzo skoncentrowana terapia, która wspiera konsumentów w walce z wypadaniem włosów... I rzeczywiście ich ubywanie ulega zmniejszeniu. Czy powoduje wzrost nowych, tzw. baby hair? Myślę, że po miesiącu kuracji jest to bardzo trudno stwierdzić. Jestem jednak pewna, że jej systematyczne stosowanie przez np. trzy miesiące może dawać naprawdę spektakularne efekty :)

Linia Trychoxin to naprawdę dobre preparaty przeciwko wypadaniu włosów, jednak ich stosowanie wymaga wspomagania za sprawą produktów pielęgnujących i odżywiających włosów, które u mojej naturalnej blondynki w trakcie kuracji bez zastosowania odżywki były bardzo trudne do rozczesania, matowe i... zaczęły ciemnieć od skóry głowy. Nie przejmujcie się tym jednak... to w końcu jedynie cena tego, żeby w przyszłości miało co ciemnieć ;))

poniedziałek, 1 października 2018

Kultura osobista*... Ona*

 

Bardzo! Wybitnie indywidualny alfabet kulturalny. Wzięty z doświadczenia ciągle nabywanego...   ciągle w drodze... życia (hurra! hurra!) Starej Kobiety.

Zupełnie niedokładny, nawet nieporadny, nie za bardzo składny. Okazało się, że w moim życiu niezwykle przydatny. Wiele wyniosłam z domu. Z tego, że Babcia, Mamo i Tato mnie nauczyli... srogo, ale z miłością na mnie patrzyli. Kultura osobista to taki rodzaj kultury, który dotyczy każdego z nas. Codziennie, w trakcie całego życia jej się uczymy. Dochodzimy nieraz łatwo, nieraz z trudem jak ważna Ona* dla nas jest. Zaczynamy rozumieć świadomie jak ułatwia wszystko cokolwiek czynimy w życiu. Choć jeśli chodzi o mnie to jakoś to wszystko naturalnie się odbyło (i nadal trwa... nie da się od tego uwolnić... Wielu ludzi (oprócz tych pierwszych od narodzin) mnie jej uczyło. Bez szczególnego wskazywania, nakazywania... po prostu tak zwyczajnie bez patosu. Wiem na pewno, że wystarczy minimum umiejętności naśladowania by wyodrębnić samodzielnie co dobre, a co złe. Ona, Kultura Osobista to jest droga i wiele jest na niej wszystkiego na  A i nie kończy się tak łatwo na Z. 

A - Autentyczność - czyli niewymuszona bezpośredniość w przedstawianiu siebie. Nieudawanie kogoś kim się nie jest... wymyślać można sobie na własny użytek i to jest całkiem miłe... Jestem Stara Kobieta i tym się chełpię. Przeszłości absolutnie nie uważam za  Raj, bo jeszcze wczoraj to była teraźniejszość ;-) i wcale nie było tak fajnie... wiał wiatr, wpadły  mi klucze, gdzie kto inny bardzo postarać musiałby  się, by wcisnąć je tam... A jaak? Ja to zawsze z fasonem wszystko robić muszę :-))

B - Być... nie dla dla siebie tylko... być niezaprzeczalnie dobrym bez pijaru, bez marketingu... nie być pustostanem z wisienką, lecz całym słoikiem wiśni. Nie każdy może robić wielkie rzeczy, ale każdy może robić małe rzeczy w wielki sposób... tak tworzy się Kultura bycia.

C - Co odpowiednie - pamiętać! Zapominać co nieodpowiednie... dawać świadomość innym, że tak się w sobie ma... to jest wielka umiejętność i wysoka kultura... nie wypominać  komuś bez przerwy, nawet  niekiedy po latach - kiedyś popełnianych błędów... a przypominać, cudowne chwile.

D - Delikatność w gestach... nie, żeby zaraz z łapami i butami się w czyjeś życie pchać. Trzeba pomyśleć czego sami byśmy oczekiwali, albo zupełnie nie... To wymaga empatii, której  warto mieć w sobie wiele i nie pozwolić na jej uśpienie :-)

E - Estetyka jest obowiązkowa! Nie, nie tylko w ubiorze (choć bardzo wskazana ;-)) Estetyka słowa - by chamskim sloganem nie ujadać. Tylko jak najpiękniejszą polszczyzną gadać. Słów odpowiednich dobierać, żeby słuchaczowi miło było. Wszystko można powiedzieć... nawet  trudne w przekazie sprawy, ale w sposób przyjazny dla ucha... chodzi też o ton, timbre głosu... dobór określeń odpowiedni. Czasem każdemu może zdarzyć się k...a ;-) W końcu krew nie woda i nerwy wyrwą się ze swej wodzy... ale to nie może być przerywnik... jedynie  dosadne podkreślenie. I tu znajduję wytłumaczenie :-) No, bo jak  tu inaczej niż  k...a  nie powiedzieć jak Cię niezwyczajnie n........a ;-)

F - Fason trzymać bez względu jak los Cię ugina, jak fala znosi... wysoko trzymać głowę, nie pozwolić sobie na nią wejść byle komu... tym klasę swoją pokazywać tak Babcia mnie uczyła.

G - Grzeczność i uprzejmość. Zwyczajna i prosta: proszę, dziękuję, przepraszam i dzień dobry...  wszystko to z wdzięcznym uśmiechem. A w tym uśmiechu umyte zęby.

cH
- cHamstwo jest prymitywne... i tyle!  Za wiele przykładów w moim wielodekadowym życiu, które bym tu przytoczyć musiała... od bezwstydu, grubiańskości... przez ordynarność do wybryków chuligańskich, zbereźne zachowania... co wszystko oczywiście wyklucza, że ów osobnik ma Kulturę Osobistą... choćby jednocześnie nie wiem jaki był mądry i wiedzy o świecie więcej niż liznął. Przykłady mogłabym mnożyć, ale po co powielać zbędności ;-)

- Interesy przeprowadzać rzetelnie, a pracę wykonywać profesjonalnie. Tyle to znaczy np. by wykonując pacjentowi EKG  w Izbie Przyjęć szpitalnej nie opowiadać sobie jednocześnie dowcipów z drugą  Panią pielęgniarką tylko wsłuchiwać w cierpiącą osobę.

J - Jeśli nie jesteśmy punktualni, jeśli nie dotrzymujemy obietnic, jeśli nieuwrażliwieni na niepełnosprawnych ludzi, którzy żyją też wśród nas... jeśli tak wiele tych "jeśli" to zastanowić się wypada jak to zmienić(?) - wreszcie!

K - Krzyk, podnoszenie głosu to nie droga do załatwiania interesów... tak nie da się rozmawiać... Słabi ludzie wydzierają gardła w konwersacji. Nie mam tu na myśli krzyku rozpaczy i bezradności. To zupełnie inna kwestia. Kulturalny człowiek przedstawia fakty, spokojnie argumentuje lub z dyskusji wycofuje. I to jest okey.

L - Logicznie myśleć, a nie od razu plugawić wszystko...  ocenianiem zbyt łatwym i szybkim osądzaniem

Ł - Ładnie wyglądać w swoich indywidualnych możliwościach przypisanych do wieku... nie zaszkodzi. Miłe obycie do tego... z blaskiem serdecznym w oku - przyciąga ludzi. 

M - Muzyki słuchać... tej granej, śpiewanej i tej brzmiącej w ciszy. Muzyka wzbogaca nasz umysł i serce... łączy ludzi... Muzyka, której słuchamy określa nas... upiększa. Bez obcowania z nią jesteśmy ubożsi i nie możemy twierdzić, że w pełni wykształceni.

N - Nie! Odmawiać umieć... Nie, żeby komuś było źle, ale żeby go chronić, dokształcić... tłumaczyć co niewyobrażalne... np. śmierć ... w taki sposób by nie ranić. Nie! - istotne słowo w Kulturze Osobistej. Czasem mi go zabrakło, bo go nie wypowiedziałam, bądź sama nie usłyszałam. Stąd to wiem.

O - Oczytanym być mniej czy więcej (ale starać się by więcej;-)) Dorotko! - mówił do mnie Tato - poczytaj co nieco, bo coś głupio wyglądasz dzisiaj;-) (      ) I nic więcej na ten temat :-)

P - Przyzwoitym być - najważniejsze. Dla siebie samego... nie czynić zła i wtedy nie cierpieć, że źle się postąpiło... a skoro jednak tak nam się przytrafiło... to w porę bić się w pierś i szybko naprawić zło.

R - Rozumieć różnicę pomiędzy napisaniem Ty i ty... i że nie wszystko można załatwić SMS-em... np. zerwać długoletniego związku.

S - Skromność. Nie mylić z banalnością, staniem w cieniu, ciasnotą umysłową... taki umiar, rozwaga nie pozbawiona błyskotliwości, ale przemyślana i niewybujała... rozumna dojrzałość. Nieprzecenianie siebie - krótko mówiąc.

T - Takt. By nie zakłócić rytmu dobrych relacji przez brak powściągliwości w nakręcaniu swojego języka... zapomnieniu takiej dobrej maksymy, że "mowa jest złotem, srebrem milczenie". Nie koniecznie musimy zadawać pytania na tematy, których druga osoba poruszać wstydzi się, lęka... po prostu nie chce. A my to czynimy, bo ciekawość, bo próżność nas łechce... brr... to wyjątkowy brak kultury.

U - Ukrywać swoje złe nastroje umiejętnie... nie obarczać innych nimi zbędnie, lepiej chować skrzętnie... by nie zakłócać dobrej atmosfery spotkania.

W - Wyrażanie swoich uczuć w danych sytuacjach, zachowanie wobec starszych ludzi to wskaźnik Kultury Osobistej, która jest naszym wewnętrznym głosem mówiącym nam jak się mamy zachować. 

Z - Zasady i wzory postępowania są dzisiaj mniej sztywne niż kiedyś, ale pewne pryncypia nie mogą się poluzować... dla ogólnego dobra... i nie chodzi tylko o dobre maniery... o szacunek do życia w każdej postaci!  

Ż - Żarty. Żarty muszą być... człowiek, który nie zna się na żartach... nie wytworzył w sobie poczucia humoru, które się bierze też z dystansu do siebie i wiedzy ogólnej o świecie... taki człowiek ubogi jest choćby z milionem w kieszeni. Poczucie humoru daje oręż w walce nad przeciwnościami losu i absolutnie afirmuje naszą wolność... to niewątpliwy składnik Kultury Osobistej.

*Kultura Osobista - Ona... istotna niesłychanie, przydatna i ułatwia życie. Choć obawiam się obserwując teraźniejszość, że grozi jej wymarcie, jeśli nie będziemy jej odpowiednio, od dziecięcych lat kształtować w młodych ludziach... pokazywać co piękne, tłumaczyć co trudne, uczyć historii. Kultura osobista to nasza godność... wszystko można człowiekowi odebrać, ale Kultury Osobistej... jeśli mamy ją w sobie! to nikt nie jest wstanie jej nas pozbawić. Pod warunkiem? Że będziemy ją rozwijać i trzymać się w niej trwale!