środa, 28 marca 2018

Czy ja jestem normalna???


Przynajmniej udawaj, że jesteś normalna – mówiła do mnie mama, gdy wychodziłyśmy „w gości”.
Nie dodawała, co mam udawać i jakie pozory stwarzać … choć się domyślałam.
„Mam być jak inne w tym wieku dzieci”.

Od najmłodszych lat słyszymy by być jak inni: grzeczni, dobrze się uczący, niewychylający z jakimiś niedorzecznymi pomysłami i najlepiej „cicho siedzący” (bez głosu zbytecznego zabierania).
Wychowawcy do dziś zalecają by tak się zachowywać, by nie wychodzić poza ustalone ramy. A te ramy, to normy kulturowe i obyczajowe określające co wypada, a czego absolutnie robić nie wypada.

Naruszenie ich rodzi wstyd lub poczucie winy. I te uczucia są jak najbardziej prawdziwe i normalne … normy są wymyślone, ustalone nadrzędnie.
Na szczęście czas, biegnące przemiany zmieniają wzorce i pozwalają na odchodzenie od pozorów (to jednak ciągle zależne jest od naszej tylko woli, a nawet odwagi).

Tu przypomina mi się jedna z imieninowych imprez, w której jako dziecko uczestniczyłam.
Dzieci i ryby głosu nie mają – zaraz po nich kobiety, he, he … i obrzydliwy śmiech wuja Stefana, po tym jak do ogólnej dyskusji, jako dziecko wtrąciłam swoje trzy grosze.
Ten śmiech, brzmi mi w uszach do dziś… czuję jak pali poliki moje, tamto zawstydzenie… jeszcze słowa skierowane do mojej mamy (żeby ukróciła mojej elokwencji zapędy): to nienormalne, żeby dziecko do dorosłych się wtrącało.

Dziś jestem dorosła (bardzo;-)) i nikt mi nie zabroni mieć swojego zdania… wiem, że ludzie są do siebie (pod pewnymi względami;-)) podobni – w tym sensie jesteśmy normalni ;-)
Ale nawoływanie do normalności poprzez ograniczanie wolności wypowiedzi (nawet! i też! dziecka), do trzymania się powszechnych zachowań bez wytłumaczenia ich wartości – to nawoływanie do konformizmu.

A to krok do bylejakości, przeciętności, sztampowości, czyli np. w przypadku młodego człowieka – zastopowanie jego dążności do rozwoju, braku inspiracji do jakichkolwiek działań.
Z tego też wynika lęk, że uciekając od jednorodności, nie poddając unifikacji, wyróżniając się – może to zostać źle przyjęte – i ten lęk paradoksalnie – jest normalny ;-)

Cóż jest z tą normalnością? O co w niej chodzi? Być normalnym, ale pod jakim względem, w jakich warunkach, w jakim stopniu, gdzie i jak tą „normalność” zachowywać?
Czasy mamy nieprzewidywalne, zaskakujące i żeby zachować normalność czasem musimy uciekać w irracjonalne zachowania. Rzeczywistość jest mniej bolesna, gdy przyprawimy ją odrobiną szaleństwa. Ale tylko wtedy to się uda, gdy znajdziemy w sobie siłę by odkleić się od dyktatury większości.
Od tej większości, która sądzi, że jest normalna. Czyli?


  • Zachowuje jak większość w danych sytuacjach, w taki sposób, że to zachowanie nie dziwi nikogo.
  • Dopasowuje do innych – względem postępowania, zasadami – wszystkimi, wcześniej wymyślonymi – według wykreowanego wzorca przekazywanego z pokolenia na pokolenia… z trudnością modyfikowanego mimo zmieniającego się w każdym aspekcie życia.
  • Wpasowuje w tłum, żeby specjalnie nie wyróżniać z niego.
  • Przyjmuje charakter taki by nie intrygować innych.
  • Utrzymuje w sztuczności, ryzach, które nie pozwalają wychylić się o kłak.
W  ten sposób określamy się jako normalne osoby… ale chwila… moment… to znaczy, że inne wyróżniające się osoby, inaczej na życie patrzące, bez utartych schematów – to są praktycznie nienormalne osoby. To prawdziwe stwierdzenie na tak postawioną tezę, choć faktycznie bezsensowne, wręcz absurdalne.

Jest tak: Wszyscy, którzy są inni niż my, też są normalni!
Nie ma wzorca normalności, dokładnej definicji i żadne statystyki są w stanie prawdziwie jej określić. Za to istnieje hipokryzja w nas, że zgadzamy się z tym, że każdy powinien być sobą, ale jeśli jesteśmy inni, to ci sami nas odrzucają.
Więc zamiast zastanawiać się nad normalnością, lepiej pomyśleć czy w tym wszystkim co czynimy jest prawda, piękno i dobro, skuteczność, pożyteczność, i radość. 

Bo normalność to różnorodność, zespół czasem wzajemnie sprzecznych emocji. 
Są takie, które powodują zło i wykluczają z naszego życia tych, którzy nie poddają się regułom.
Oni często wywołują w nas lęk i to jest zupełnie niepotrzebne.
Normalność to zespół wyjątków… oryginalność, indywidualizm, podążanie własną drogą, uleganie pokusom, odwaga w głoszeniu swoich poglądów, zmienność, lenistwo, kultura osobista, ambicje, samotność wewnętrzna, otwartość, introwertyzm, pewność siebie, religijność i brak wiary … wszystko to jest normalne.
Pesymista, który widzi ciemny tunel; optymista, który widzi w nim światełko; realista światła pociągu i maszynista trzech facetów na torach (o których myśli – kretyni). – wszyscy na swój sposób normalni są.

Nikt nie powinien stygmatyzować drugiego człowieka jego niedoskonałościami i odbierać prawa do  określenia „człowiekiem normalnym”,  i każdy jeśli zechce ma prawo do gloryfikowania dokonań innej osoby np., ze względu na jej twórcze dokonania.
Nasz  prawdziwy charakter ujawnia się właśnie wtedy, gdy mówimy o innych… im bardziej pozytywnie ich postrzegamy tym samym sami szczęśliwsi jesteśmy… stabilni emocjonalnie –  zwyczajnie normalni, bez fajerwerków entuzjazmu :-))

Normalność jak wszystko - ma swoją jasną i ciemną stronę … mądrą i głupią.
Ta ciemna i głupia jest wtedy, gdy robimy sobie z niej alibi: nie sprzątam po psie, wszyscy normalnie tak robią; oszukujemy – przecież inni normalnie tak postępują. Albo taki przypadek gdy z normalności robimy narzędzie potępienia, kij do bicia na tych, którzy nie postępują tak jak byśmy my tego chcieli. Czyli masz 60-tkę na przykład - powinnaś na drutach robić, wnukami się tylko zajmować, a o seksie nie wspominać w ogóle, bo to w tym wieku nie przystoi… oczywiście tylko innym poświęcać, o sobie zapomnieć… pamiętać tylko w kontekście pozostawienia spadku…  Żyjesz inaczej, na swój sposób – to trzeba cię opluć, wyśmiać, od nienormalnych zwyzywać.

Nie dość, że umowna, to zmienna ta normalność i wszystko zależy od punktu patrzenia, więc radzę: ostrożnie z tym ocenianiem :-), bo czas szybko płynie i zamienia miejsca ;-))

Czy ja jestem normalna?
Ci co mnie znają, wiedzą, że - … ;-))) !
Ja sama ciągle targana wątpliwościami, czy dobrze robię, czy wolno mi się na coś godzić, czy nie powinnam inaczej działać, czuję, że nie jestem „normalna” pędząc ciągle pod prąd, wygłupiając  jak niedorostek jakiś i sprzeniewierzając ogólnie przyjętym (nie wszystkim, tylko tym, które uważam za przestarzałe, nudne  i nie w porządku) dogmatom… Ponad wszelką jednak wątpliwość, wiem jednak na pewno, że jak dotąd dzięki temu właśnie, nie udało się ujarzmić mnie nikomu i niczemu. Nie jestem WSZYSCY i jak WSZYSCY i nie będę (bez względu na innych (nie)uznanie).  A  w poprzednim życiu (tak myślę!) byłam smoczycą ;-))) taką w najlepszej wersji niezależności ;-))
Van Gogh powiedział, że: ''Normalność jest jak utwardzona droga, wygodnie się nią idzie, lecz nie rosną na niej kwiaty''
Lepiej nie da się tego ująć! … szkoda, że to nie ja wymyśliłam ;-))





wtorek, 27 marca 2018

Mini przegląd cudownych produktów do twarzy

Polecam Wam wiele produktów - o wielu piszę, że wspaniale działają... i jest w tym 100% prawdy. Najtańszy z prezentowanych dzisiaj przeze mnie produktów kosztuje bez promocji 60 zł, najdroższy bez promocji: 99 zł. Mam ostatnio wiele szczęścia w pielęgnacji swojej twarzy i trafiam na produkty, które mnie nie zawodzą - spełniają moje oczekiwania, poprawiają wygląd buzi, spowalniają pojawianie się niechcianych zmian. Z tymi kremami, które pokażę Wam dzisiaj będzie mi wyjątkowo trudno się rozstać (niestety już są na "wykończeniu" :( ) - w pewien sposób się od nich uzależniłam.



Stosuję ten produkt jako krem na dzień, jego lekka konsystencja i szybkie tempo wchłaniania się idealnie sprawdza się pod makijażem. Bardzo ładnie nawilża i pomaga uniknąć pojawiania się nieestetycznych suchych skórek. Dzięki olejkowi arganowemu i olejkowi różanemu odświeża wygląd buzi, poprawia jej koloryt... to taki zastrzyk energii od rana. W dodatku... cudownie, różanie pachnie :) Posiada różowy kolorek, który od rana zachwyca moje spojrzenie. Pobudza zmysły... zarówno węch jak i wzrok, a dodatkowo sprawia, że dzięki temu nawet dotyk staje się przyjemniejszy ;) Co ja mówię - przyjemniejszy(?) Cudownie miły!


Olej arganowy wykorzystany do produkcji tego kremu został wyprodukowany z drzewa arganii żelaznej rosnącej jedynie w Maroko. To jeden z najdroższych olejów na świece, choć... swoim działaniem u mnie nie przebija oleju z opuncji figowej ;) Jest bogatym źródłem kwasów linolowych i tłuszczowych, antykancerogennych, kwasów Omega 6 i naturalnie związanych izoflawonów. Można w nim znaleźć także bardzo dużo witaminy E. 
Wspomaga walkę z suchością i szorstkością, zmarszczakami. Chroni także skórę przed i po opalaniu :)) 

Olejek różany zawarty w tym produkcie posiada bardzo dużo składników odżywczych, które bogate są w witaminę A. Stanowi naturalne źródło witaminy E, która ma właściwości łagodzące i nawilżające cerę wrażliwą, i przesuszoną - jednocześnie działa ochronnie. Składniki w nim zawarte są naturalnymi antyoksydantem i źródłami kwasów tłuszczowych Omega 3,6 i 9, które bardzo pomagają w regeneracji uszkodzonej skóry. Olejek różany bogaty jest także w witaminę C (naturalny antyoksydant i rozjaśniacz, poprawiający pigmentację oraz pozwalający odzyskać prawidłowy odcień skóry), a również w likopen oraz beta-karoten - antyoksydant, który poprawia strukturę skóry i zapobiega zbyt wczesnemu starzeniu.

Jest dla mnie krótko mówiąc cudowny w swym działaniu - cudownie nawilża i napina, a przy tym nie pozostawia tłustej warstwy.  Dobrze współgra z makijażem :) 


Olej arganowy (zapach róży)

100 ml produktu za 60 zł... 60 zł to stosunkowo duży ubytek w portfelu, jednak... za tak dużą ilość oleju - to wcale nie jest aż tak dużo jakby się wydawało. Tym bardziej, że ten olej nie tylko pięknie pachnie (dostępne do wyboru zapachy: cynamon/róża/pomarańcza) i działa jak naturalny perfum, ale także jest OGROMNIE wydajny. Stosuję go codziennie na twarz od kilku tygodni, a ubyło go tyle co nic :) Jednak już teraz zaznaczę, że z powodzeniem można go stosować także na resztę ciała oraz włosy. 

Zapachu nadają mu naturalne ekstrakty pomarańczy, róży damasceńskiej i cynamonu, importowany bezpośrednio z Maroka. Producent posiada certyfikaty Ecocert i USDA.


Działając na twarz wykazuje właściwości przeciwstarzeniowe. Powstrzymuje rozkład kolagenu w komórkach. Dba o dojrzałą skórę, a cerze zmęczonej i poszarzałej nadaje blasku. Ma działanie mocno nawilżające, ujędrniające i uelastyczniające skórę. Nie podrażnił i nie uczulił mojej skóry. Odnawia barierę hydrolipidową, uzupełnia niedobory składników tłuszczowych w skórze, m.in. w drogocenne ceramidy, które tworzą cement komórkowy. Sprawdza się przy wypryskach skórnych, trądziku, opryszczce wargowej, ospie wietrznej. Działa łagodząco na zmiany skórne towarzyszące łuszczycy, egzemie, poparzeniom czy pęknięciom skórnym. Nie działa komedogennie - przynajmniej ja tego nie zauważyłam :) 

Stosowany regularnie na ciało zmniejsza rozstępy oraz redukuje cellulit, dbając i zapobiegając ponownemu pojawieniu się obu przypadłości oraz rozszerzaniu się im. Sprawdzi się więc np. u kobiet w ciąży :) Posiada działanie mocno nawilżające, ujędrniające i uelastyczniające skórę. Odżywia i zaopatruje skórę w potrzebne minerały. Sprawdzi się także z powodzeniem w pielęgnacji włosów (córka wypróbowała i potwierdza ;))  - stanowi antidotum na suche i łamliwe włosy. Wygładza, nawilża włosy, i przeciwdziała puszeniu (jednak wiadomo... nie ma co przesadzać z jego ilością, żeby nie obciążyć włosów :))  Z powodzeniem sprawdzi się jako produkt termoochronny - np. jako zabezpieczenie przed trudnymi warunkami pogodowymi.

Wsmarowywany w paznokcie poprawia ich stan: wzmacnia je i odżywia, likwiduje łamliwość :) I wiecie co? Koniecznie muszę wypróbować ten patent :) Na razie jednak stosuję go przede wszystkim na twarz... i sprawdza się w tej roli świetnie - nawilża i zmiękcza skórę :) 

Pamiętacie, kiedy opowiadałam Wam o oleju z opuncji figowej? Zakochałam się w nim. Dlatego z przyjemnością sięgnęłam po krem z jego zawartością... sam krem jest troszkę słabszy w swoim działaniu niż sam olej, jednak i tak jest doskonały :) Tu warto nadmienić, że oprócz tego, że jest troszkę słabszy w działaniu jest także o jakieś 60 zł tańszy (a otrzymujemy aż 50 ml produktu, w oleju 30 ml).

Jest bogaty w naturalne składniki aktywne i witaminy. Zapewnia odpowiednie nawilżenie, świetlistość, satynowe wykończenie skóry, wygładzenie... stosuję go regularnie i czuję, że stan mojej cery uległ znaczącej poprawie. :) Wyraźnie poprawia napięcie skóry i ujędrnia ją, rozjaśnia cerę, uelastycznia, zmiękcza i wygładza skórę, działa antyoksydacyjnie i chroni przed działaniem czynników zewnętrznych. O oleju arganowym opowiadać Wam już nie będę, ponieważ zrobiłam to już przy opisywaniu dwóch poprzednich kosmetykach... jednak mogę jeszcze raz podkreślić, że połączenie oleju z opuncji figowej i arganowego jest naprawdę świetne :) 

Przedstawiłam Wam dzisiaj trzy wspaniałe produkty, których działanie spełnia w całości moje oczekiwania... i zachwyca :)
I jak tu szczęśliwą nie być, gdy tak dobre kosmetyki dbają o moje oblicze :-))) 

środa, 21 marca 2018

Prawda o Czerwonym Kapturku… i o bajkach w ogóle.


Nim ją wyjawię to troszkę powspominam, odrobinę poanalizuję (ale bez moralizatorstwa nadętego ;-).
Patrzę na moją najmłodszą córkę i wspominam swoje rodzicielstwo, które po raz pierwszy 42 lata temu się w moim życiu pojawiło i wszystko zmieniło.
Zaczęło się dzieckiem – pierwszym synkiem – sympatycznym początkiem - czymś zupełnie nowym i nieznanym zupełnie – cudem dania największego prezentu – daru życia.
Zupełnie nowe zaczęły targać mną emocje i jak w tyglu mieszała się ciężka praca, odpowiedzialność, zmęczenie, radość, zniechęcenie, śmiech, łzy, zwątpienie, rozżalenie, pokora, nadzieja, zaborczość – mieszanka wszystkiego przyjemnego i trudno wytrzymalnego.

Patrzę na moją córkę …
Patrzę na moją najmłodszą córkę, która za niespełna 3 miesiące skończy 19 lat…
Patrzę i myślę jak niezwykle skomplikowane są rodzicielskie emocje…
Z jednej strony to bycie rodzicem jest jednym z najwspanialszych przeżyć, które może powstać po zaledwie jednej minucie szczęścia, nieopamiętania, namiętności czy zapomnienia … jak kto woli ;-)
A po tej minucie, chwili - przenosi się na całe 40, a może więcej lat …zupełnie inne życie :-)
Z drugiej strony, to jeśli chodzi o mnie to mimo upływu czasu, nie mam ciągle wyrobionej na temat rodzicielstwa odpowiedniej teorii, bo przy czwórce dzieci – jedna wyklucza drugą, trzecia też co innego narzuca... a czwarta do poprzednich nijak nie pasuje.
Gdy teraz nabrałam już kompetencji, to zdają się one niepotrzebne … a jednak (?)

Dzięki dzieciom nauczyłam się wiele … a zwłaszcza dzięki mojej najmłodszej córce, z którą przez to, że urodziłam ją dosyć późno (w wieku 42 lat) macierzyństwo przerobiłam bardziej świadomie, bo nie przesłoniło jej młodość, samozadowolenie, kariera i praca oraz zwalenie obowiązków na drugą osobę. Wychowywałam córkę sama, bo jej tato umarł, gdy miała 2 i pół roku.”Wychowywałam” to złe słowo – byłam z nią, tak jest prawidłowo!

Nie miałam żadnej specjalnej instrukcji do samodzielnej obsługi córki, bez wkładu, bez roli taty – tak jak przy pierwszym synu, córce, drugim synu... W wychowaniu dzieci bowiem nie chodzi o to, żeby postępować doskonale, wyjątkowo, bezbłędnie, ale o to by ogarnąć ten cały chaos i nadać jemu sens. Do tego potrzebni są rodzice. A tu przyszedł moment, że jako samotny rodzic, pojedynczo musiałam wszystkiemu sprostać, a na chaos zupełnie nie mogłam sobie pozwolić.

Czy jestem rodzicem z nazwy, rzeczownikiem nazywanym „mama” czy czasownikiem, który ciągle na rzecz dzieci działa? Nie mnie to oceniać, wszystko zależy od odczuwania tego przez dzieci.
Ale sama wiem na pewno, że... 

To dzięki dzieciom nabyłam doświadczeń, które tłumaczą nie tylko skomplikowane emocje rodzicielskie, ale nauczyły mnie zachowania w zwykłych życiowych sytuacjach.
Od dziecka rozpoczyna się droga, gdy najpierw mamy siebie, potem mamy dziecko i jesteśmy razem - jest nas więcej i odtąd zaczynamy mieć wspólne wyzwanie by pokazywać jak najwięcej, słuchać jak najuważniej, i mówić rozważnie. Bo wychowanie to umiejętność pokazywania siebie w taki sposób by kiedyś być dumnym z umiejętności naśladownictwa naszego dziecka.
Ale nim do tego dojdzie by pęcznieć z dumy lub nie spać z rodzicielskiego niespełnienia …trzeba przejść okres przystosowania ;-))

Mój najstarszy syn nauczył mnie cierpliwości… co pół godziny budził się i cieszył niezmiernie z mojego widoku. Był bardzo towarzyski, zwłaszcza w nocy… do tego jeszcze słuch nadzwyczaj dobry … albo my rodzice za stary tapczan mieli … kiedy tylko słyszał jego skrzypienie od razu dawał znać, że moje miejsce jest przy jego łóżeczku… siedzieć tam mam i wpatrywać w niego jak w obrazek... żadne tam drzemanie... na to też miał oko ;-) Jako młodziutka mamusia (dziewiętnastoletnia) cierpliwa byłam niezmiernie, ale też pospać chciałam, by w dzień również być dobrą żoną ;-) Wkładałam syneczka do wózeczka i jak tylko zakwilił to ja nóżką w wózeczek uderzałam i tak go do snu kołysałam... tyle, że to na krótko było, bo po jednym desperackim akcie gdy przytuliłam go w swoim łóżeczku (bo nóżka już siły nie miała), to jemu się tak spodobało, że swojego miejsca do spanka zupełnie nie uznawał. Pan mój – synek ukochany zawładnął mną całą i odtąd wiedziałam co oznacza uzurpowanie sobie prawa. Taka to była nauka, rzekłabym bardzo autorytatywna.

Młodszy wprawdzie nie był towarzyski, ale wiecznie głodny i pierwsze słowo jakie powiedział to było mlemo (w tłumaczeniu: mleko) i jak tylko zaczął mówić to mlema wołał co noc, po kilka razy... później zmienił na „mamucia! kiebasy! Prose!” (jaki kulturalny;-)) Starsza córeczka „piś i jeś” wołała namiętnie i jak mantrę od chwili przebudzenia powtarzała, choć w nocy spała spokojnie.  Zaraz od urodzenia jej zapowiedziałam: nie ze mną te numery, noc jest od spania i gdy tylko próbowała jakieś nocne szemrania - kładłam poduszkę na głowę (swoją oczywiście;-) włączałam płytę z aktualnym przebojem, i udawałam... że nie ma mnie - po prostu... jest tylko muzyka. W ten to okrutny (być może sposób) nauczyłam się asertywności (a córcię muzykalności :).

Biegania, a raczej stosowania uników nauczył mnie synek goniący za mną z drewnianą ryczką, okrzykiem nie znoszącym sprzeciwu: maynsia (mamusia) tu siad, midłka (w domyśle mleka) daj! Najmłodsza była od pierwszego dnia bardzo poukładana i od razu wiedziała kto tu rządzi... skąd by miała mieć tę wiedzę ;-) jeśli nie od wrodzonej inteligencji;-))) spała od rana do wieczora. A jak zaczęła tylko przebierać nóżkami to od razu brała ze sobą podusię i na komendę zasypiała – tak działa perswazja :-)... po poprzedniej trójce stosowanie jej doskonale wytrenowałam.

Początki są trudne wszędzie, bycia rodzicem nigdzie nie uczą... do tego trzeba dorosnąć i w miarę szybko być magistrem, później doktorem a najlepiej od razu profesorem w tej dziedzinie, bo im szybciej, tym lepiej w innych aspektach życia zaczniemy dawać sobie radę.. Taka szkoła przydaje się na całe życie. 
I teraz wiem..................

Ma prawo  brakować nam czasu na różne zajęcia (nie wnikam jakie), ale brak czasu dla dziecka, uważanie go za głupszego od siebie człowieka (dzieci nie są głupie tylko niedoświadczone), nie słuchanie, tylko wymądrzanie się – to się szybko zemści na nas. Sposób w jaki zwracamy się do siebie, ton głosu, słowa jakich używamy, poczucie humoru, atmosfera jaką wytwarzamy  - to wszystko za chwilę odnajdziemy w naszym dziecku.

Niby dzieci nas nie słuchają, ale naśladują wiernie i tego trzeba być świadomym... pamiętając, że nie mamy prawa oczekiwać by dziecko spełniało nasze marzenia, by było nami – ono jest odrębną, tożsamą jednostką i ma być sobą. Ma mieć swoje motywacje i za nimi dążyć.

Rodzice mogą dawać rady, wskazywać ścieżki, pokazywać rozwiązania, ale ostateczny kształt charakteru człowieka i droga, którą wybierze należy wyłącznie do niego. I nic rodzicom do tego! Mogą wspierać swoje pociechy, dodawać im otuchy, wzmacniać, pokazywać błędy, nieraz okazywać niezadowolenie, nie przyzwalać na coś – ale to są ludzie odrębni i jeśli ich pesel wskazuje na to, że są dorośli to tym bardziej nie możemy ich w niczym ograniczać. Ich wybór i wola – za nie będą samodzielnie rozliczani. Co w dalszym ciągu nie przeszkadza byśmy wskazywali, wskazywali i swoją postawą namawiali do ewentualnego przewartościowania ich decyzji.

Przychodzi moment, że córeczka jest już na tyle na duża, że może wyjść spod kontroli mamusi i pomóc swojej chorej babci. Przez rodzicielkę swą jest uprzedzona, że świat zewnętrzny nie jest łagodny i niesie za sobą wiele niebezpieczeństw. I odwaga dziewczyny by go poznać, zaspokoić swoje zaciekawienie musi iść w parze z rozsądkiem i rozwagą. Tu rodzicielska przestroga ma nie tyle przestraszyć dziewczynę przed czającymi się w lesie niebezpieczeństwami, ale uprzytomnić jej w jasny sposób istniejące zagrożenia... na przykład napotkania przystojnego wilka. Tu Czerwony Kapturek musi wybrać między przyjemnością, a powinnością... i jakim podszeptom ulegnie młoda, ciekawa świata osoba (?). Jest młoda i niczego się nie boi, nie spodziewa niczego złego... cóż tam rodzice, w takich chwilach chłonie się radość z kolorów i zapachów, i nie liczy z niczym, i nikim.

Nie chciał Czerwony Kapturek widzieć, że są źli ludzie i wilki drapieżne... dopiero gdy doświadczył tego o czym wszyscy wiedzą, wtedy to właśnie sobie powiedział: że nigdy nie zejdzie z dobrze przez mamę obranej drogi i nie pobiegnie wbrew zakazowi w las, który same nieszczęścia kryje... i wtedy będzie dobrze! A po tym dobrze to (?), to co jest? O tym się w bajkach nie mówi. I to jest największy błąd rodzicielski, że nie potrafimy dzieciom uczciwie, od samego początku powiedzieć, że: Czerwony Kapturek też kiedyś będzie babcią cierpiącą na artretyzm, wilk najprzystojniejszy – jeśli myśliwego nie trafi go kulka, to i tak w końcu straci zęby i wylinieje mu futro. A myśliwy dojdzie do tego wieku, że może pomylić sikorkę z jastrzębiem... 

Świat widziany oczyma dziecka jest zupełnie inny: tato to Mikołaj zapewniający w domu wszystko, a mama to wróżka z czarodziejską pałeczką, która zaradzi wszystkiemu... aż przychodzi moment przetarcia oczek i się okazuje, że to bajka wymyślona. Rzeczywistość jest inna zupełnie, oderwana od iluzji, że wszystko jest dobre, łatwe i piękne. Dzieci szybko się przekonują, że na wszystko trzeba sobie zasłużyć i zarobić, co jeszcze gorsze...takie rozeznanie zupełnie zmienia odczuwanie ich życia, zmienia perspektywę patrzenia.... i wtedy albo następuje zdumiewające odkrycie, że bajki nie mają zakończenia i miłość do rodziców zamieniają w twarde osądzenia. Chyba, że w porę przychodzi satysfakcjonujące wyjaśnienie … Jeśli nie – stracimy szacunek, a dzieci nigdy nie poznają jego wagi w odniesieniu też do innych osób. Oderwanie od rzeczywistości od pierwszych dni życia małego człowieka może być dla niego bardzo zgubne, chociaż w zamierzeniu miało być ochronne. I dlatego trzeba umieć nauczyć dzieci też milczenia i rozumienia, że „żyli długo i szczęśliwie” to nie jest koniec bajki, ani życie tak się nie kończy…. wszystko jest nieco inaczej. Życie nie stoi w wygodnym miejscu.

Taka jest prawda o Czerwonym Kapturku, postaci, o której nigdy nie czytałam mojej najmłodszej córce, ale sens jej dokładnie wyłożyłam :-) …. "Lato leśnych ludzi", "Nad Niemnem", "Ania z Zielonego Wzgórza" – to były jej książki, gdy jeszcze ledwo co mówić umiała … Dzięki prawdzie o Czerwonym Kapturku szybko zrozumiała, że wszystko, absolutnie wszystko jest w jej rękach, a czego sięgnąć nie może, to i tak sama musi znaleźć sposób by zdobyć to co poza jej zasięgiem… bo czas bycia słodką, naiwną  dzieweczką jest krótki.

Od niej nauczyłam się, że można cieszyć się bez powodu, trzeba wierzyć w siebie, robić to co się mówi, a nie mówić dla samego mówienia, być konsekwentnym, ale umieć zmienić zdanie by nie zatracić sensu działania tylko dla trzymania się zasad pod publiczkę, nie deptać przekonań innych, mieć szacunek dla sprzeczności, przykre konsekwencje wyborów to nie koniec świata tylko kolejna nauka, jeśli ktoś się topi nie należy go w tym momencie uczyć pływania, tylko ratować i wskazać inny model postępowania...ciągle coś robić i wszystkiego wymagać ze wszystkich sił własnych, nie patrzeć na innych – robić swoje, nie pokazywać, udawać swojej doskonałości, nie ukrywać błędów... nie oczekiwać wzajemności... cieszyć się drobiazgami... że przeszłość gdy boli, to nie należy od niej uciekać tylko wyciągać wnioski i dalej żyć z jeszcze większą radością...

Póki takie dziecko ma się przy sobie … mądrość nie odchodzi, mogę odkrywać ją na nowo i cieszyć, że jestem rodzicem, dzięki któremu (być może) taki po świecie chodzi człowiek i dzięki niemu jest mi tak dobrze.

A bajki? Bajki są potrzebne i niosą przesłania przeróżne tylko trzeba umieć je odpowiednio odczytać i wtedy czerpać z nich inspiracje.








poniedziałek, 19 marca 2018

Przegląd różności do herbaty


Jeśli jesteście ze mną dłużej... doskonale wiecie, że uwielbiam pić herbatę :) Najczęściej sięgam po te ze Skworcu - uwielbiam ich smak i ceny :) Czasami jednak decyduję się na to, żeby jeszcze bardziej podkręcić ich smak... sięgam wtedy po pyszne syropy i miody :) Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam trzy pyszne dodatki :) Zapraszam do czytania!


Miód z sokiem malinowym to połączenie miodu nektarowego wielokwiatowego (98%) z sokiem z malin (2%) - słodyczy z lekką kwaskowością maliny.

Zdrowotne i odżywcze walory miodu były doceniane już w starożytnym Egipcie. Systematyczne spożywanie miodu przez dzieci wpływa korzystnie na szybki przyrost ciała, wzmacnia rozwój umysłowy i zwiększa odporność na choroby. Jest także bardzo ważny u osób dorosłych wyczerpanych pracą, bowiem umożliwia szybszą regenerację organizmu. Jego właściwości są naprawdę niesamowite!
  • znajduje zastosowanie w leczeniu dróg oddechowych, 
  • wspiera funkcjonowanie układu krążenia, układu pokarmowego, wątroby, układu nerwowego i
  • pomaga w leczeniu chorób skóry
  • przynosi ulgę w bólach stawowych, 
  • wzmacnia wzrok, 
  • korzystnie wpływa na układ krwionośny (wzmaga działanie mięśnia sercowego, poprawia krążenie). 
Węgierskie przysłowie mówi, że jeśli „Chcesz być zdrów i dożyć późnego wieku, jedz miód i pij mleko". Uwielbiam miód... i bardzo chętnie do tego przysłowia się stosuję :) W końcu niczego tak nie pragnę jak w zdrowiu żyć jak najdłużej, bo tyle ciekawych rzeczy się dzieje ... że jak tu nie pragnąć żyć:-)) Miodu używam zamiast cukru - dodaję odrobinę do gotowania  kapusty kiszonej, do sałatki owocowej, herbaty, kawy... Krótko mówiąc: jest mi w kuchni wręcz niezbędny :) A taki miód z sokiem malinowym to idealny dodatek do sałatek i herbatek :)  Według producenta pochodzi z ekologicznie czystych okolic Roztoczańskiego Parku Narodowego i jest pozyskiwany naturalną metodą :) I ja mu wierzę :-))



Pigwa do herbaty

Owoce pigwy mają cytrynowożółty kolor... i są kwaśniejsze od cytryny. Dlatego choć niepopularne jako owoc do jedzenia samodzielnego... bardzo dobrze sprawdzają się jako dodatek do herbaty, który podniesie jej walory smakowe oraz zapachowe. Dodatkowo wspomaga organizm w walce z przeziębieniem :) Pigwę powinno się teoretycznie zużyć w ciągu 7 dni od otwarcia... przyznaję, że u mnie ten czas był dłuższy. Uważam, że to świetny pomysł na prezent - jest bardzo smaczna i stanowi  bardzo dobre źródło witaminy C :) To niebanalny dodatek, który sprawia, że herbata nabiera nowego wyrazu :)


Syrop różany z płatków róży damasceńskiej to przepyszny produkt, po który sięgam stosunkowo rzadko, ponieważ... obawiam się chwili, kiedy się skończy ;) Tak go lubię! Posiada łagodny, delikatny smak. Idealnie smakuje z racuchami, naleśnikami, kaszką, budyniem, lodami, a także jako dodatek do herbaty :) Krótko mówiąc: nadaje słodyczy :)


Życie jest piękne, a z tymi dodatkami jeszcze smaczniejsze... nie ma sobie co żałować... prawdę mówię. Tym bardziej, że średnia cena tych produktów wynosi mniej niż 10 zł (np. w sklepie Skworcu) :) 

środa, 14 marca 2018

Alfabety Starej Kobiety – MIŁOŚĆ.


Miłość się nie pisze, MIŁOŚĆ się czuje - mówi Kubuś do Prosiaczka w odpowiedzi na pytanie: jak się pisze MIŁOŚĆ? A ja spróbuję nie tylko napisać słowo MIŁOŚĆ, ale opisać ten stan wielkiego zakochania, który mam odwagę powiedzieć, że rozumiem, bo przeżyłam jej różne doznania. Miłość to nie tylko uniesienia, i nie tylko kwiaty, wino i całowanie, to czasem szczęście, a czasem smutek... głębia i płytkość, uśmiech i łzy... kłótnie, rozczarowania, emocje przyjemne i nie... coś bezsensownego i cudownego....... i to wszystko może trwać jednocześnie... być nagrodą i porażką zupełną.

Nie do wiary, a jednak tak jest! Nie ma definicji miłości, przynajmniej ja do takiej nie dotarłam.
To się dzieje w naszej głowie, w oczach, w które się wpatrujemy... to choroba, która nie oszczędza ani młodych, ani starych, ani mądrych ani głupich.
Takie to poplątanie z tą miłością, że nie wiadomo od czego zacząć... więc zacznę od A i napiszę czego mnie miłość nauczyła (oczywiście ściśle subiektywnie!)

Aby znaleźć miłość nie potrzeba pukać do drzwi, ona zjawia się nagle bez względu na wiek i pogodę … to jest bardzo nieracjonalne uczucie - na szczęście! A gdybym Go nie spotkała, kim innym bym była i nie wiem czy z tego faktu zadowolona była.
Będąc we dwoje wszystko odczuwamy głębiej, ale pod warunkiem, że też oboje zdajemy sobie sprawę, że miłość to codzienna praca  - też we dwoje. Jeśli jedna ze stron się miga, to jest „rozwiązanie umowy”, „przegrana gra”. Niestety tu nikt nie zyskuje.
Cierpienie – myślałam, że moja miłość go zmieni... ból poczucia, że zostałam dodatkowo (w bonusie) oszukana z innej strony - uzmysłowił, że to nie była miłość tylko iluzja, której chciałam ulec. Doszło do sytuacji, że przestałam odczuwać przyjemność z życia – to była depresja czyli ściągnięcie w dół, a raczej kanion wielki... przynajmniej miałam dobre odbicie w górę ;-)) rozumując w porę, że to nie dla mnie kara tylko przerwa do zastanowienia się i otwarcie na nową drogę. Kiedyś zobaczyłam swoją niedawną „miłość” przez szybę w tramwaju... stałam na przystanku. Zapukałam w tę szybkę z uśmiechem szerokim... pokazałam swoje szczęście... to była słodka zemsta, a ta mina –  po prostu bezcenna :-))
Dobrze widzi się tylko sercem :-) Kiedy do czterdziestoletniej, pięćdziesięcioletniej kobiety (albo dalej). On mówi „maleńka” to musi być miłość :-))
Egoizm, czyli nie tylko czynienie dobrze tylko dla siebie, lecz dodatkowo ciągnięcie bezpardonowe w stronę swoich zasad drugą osobę, bez jakiegokolwiek opamiętania… to powoduje zamieranie miłości, uniemożliwia ją. 
Flirt i to codzienny prawie, bardzo przydaje się w związku. Bo kobieta bardzo lubi by ją zdobywać, a mężczyzna o nią walczyć. Tylko nieustawanie w takich gierkach powoduje, że związek nie odczuwa znużenia i innym pokusom się opiera.
Gdyby słuchać rozumu, to może nie powinno się zbyt szybko zakochiwać, ale ja uważam, że lepiej nie rezygnować, skakać w tę przepaść... po drodze budować skrzydła i wierzyć, że się uda :-)
Harmonia i chaos na przemian w miłości postępują … wszystko zależy od osób, które się na tej drodze spotkają… w harmonii dobrze się cieszyć życiem i przytulać. Dobrze to wspominam :-) Z chaosu uciekłam, bo tak jak w związku można iść na kompromisy, to w miłości – nigdy! Albo jesteśmy dla siebie najważniejsi, albo nas nie ma. Wytłumaczyłam mu ;-), że nie jestem byle czym, które każdy może wziąć … i zasługuję na więcej.
Inspiracją największą jest właśnie miłość (nie znam większej). Ona motywuje do wykonywania rzeczy, których normalnie by się nie chciało, w które brakło by wiary, żeby je wykonać
Jeśli się kogoś kocha, ale wewnętrznie zdajemy sobie sprawę, że nie możemy z nim żyć, to lepiej odpuścić… może w innym czasie, z innym bagażem doświadczeń, w innej rzeczywistości okaże się jak jest tak z nami naprawdę… W tym czasie jednak nie odkładamy życia, jesteśmy na nie otwarci… może zdarzyć się, że gdzieś jest ktoś, kogo kochamy bardziej i do tego umiemy z nim żyć :-)
Kto nie kocha i nie jest kochany, kto nie ma komu powiedzieć, że „dziś kocham cię bardziej niż wczoraj i mniej niż jutro”, to mimo bogactwa wszelakiego jest zupełnym biedakiem, a nawet męczennikiem życia. 
Lepiej wspominać w życiu z uśmiechem i niedowierzaniem: nie wierzę, że to zrobiłam! Niż z przykrym westchnieniem: szkoda, że się nie odważyłam! Idąc za tą radą mojej Babci zawsze odważną byłam :-)) również w kwestiach miłosnych :-))
Łzy nie mają nic wspólnego ze słabością… mogą być wyrazem radości lub wściekłości, że się za mało kochało, czasu nie miało, nie zdążyło … bo za czymś nieważnym goniło (niby właśnie w imię tej miłości… pomyłkowo;-))
Mitem jest, że w dobrym związku zawsze musi być miło i słodko … że zawsze musimy się rozumieć bez słów, że nie ma prawa nikt inny się nam podobać, że koniecznie musimy być jak dwie połówki jabłka...... Bo to nie jest miłość tylko zwykła  „niewola”.  Świata, swojego świata nie można opierać tylko na drugiej osobie… w dobrym związku obie strony są dla siebie równoważne i rozumieją, że nie są własnością wzajemną. 
Nie chcę niczego więcej, tylko serca kochanego (które mam!). Ono do życia mi wystarczy i więcej nie trzeba słów.
Obecność – wiem, że gdy niepotrzebna jest nam czyjaś obecność by kochać, to nieobecność niczego nie zmienia
Przyjaźń to potrzeba by miłość przetrwała... gdy miłość zalewa nas łzami, to przyjaźń gdy istnieje między dwojgiem to potrafi przywrócić uśmiech. Tu wystarczy cierpliwość jednej strony – taka jest przyjaźń.
Rozłąka – w prawdziwym uczuciu i byciu ze sobą nie chodzi o to, by być ciągle ze sobą, tylko tak kochać, tak działać by rozłąka nic nie zmieniła.
Serce – do życia jako organ ssąco-tłoczący, wystarczy jedno, ale jeśli chodzi o miłość jest zgoła inaczej … czy się o tym przekonywać? Każdy samodzielnie dokonuje wyboru :-)
Ślepą nazywa się miłość. Nie musi tak być, by się jej poddawać… wystarczy tylko przymknąć nieco  oczy i już jest dobrze ;-) bez wytykania sobie później, że się bez tego zmysłu było i tak się nabroiło.
Trwały związek daje poczucie bezpieczeństwa i powinien przypominać tango: taniec, do którego trzeba dwojga - pełen improwizacji, w którym zawsze iskrzy, jest pasja, erotyzm, namiętność i wymienna dominacja.
Utrata miłości – kogoś do kogo do końca nie mieliśmy prawa, albo kogoś kto nas nie potrafił  kochać – to absurdalne, ale zawsze prowadzi do sytuacji, w której czujemy się beznadziejnie. Musimy na nowo się odnaleźć, bo mamy tylko jedno życie, ale szans w nim na szczęście kilka … Dzięki nim, taki cios z czasem będzie zaledwie lekkim dotknięciem. 
Wierność polega na świadomej i stałej gotowości udzielonych i wiążących obietnic. Jednak ciągle to jest wybór … kiedy jest wierność? ... Czy kiedy się nie odchodzi (choć powinno)? Czy kiedy się wraca (choć nie powinno)? Czy kiedy wyczekuje (niepotrzebnie)? Najważniejsza jest wierność względem siebie, czyli z pełną powagą potraktowanie siebie. Wtedy nie pozwolimy by ktoś nas zniszczył … dzięki takiej wierności możemy lepiej zatroszczyć się o innych... np. o dzieci. 
Zaufanie – krucha rzecz… cieszę się, że byłam na tyle dobra, że przebaczyłam i  na tyle mądra, że nie dałam się po raz kolejny zwieść. Zresztą to właśnie zaufanie jest pomostem między ludźmi, dzięki niemu nawiązujemy więź… zawsze jest to ryzyko, ale kto go nie potrafi podjąć ten może szczęścia nie zaznać w ogóle. Zaufanie(?) … zaraz pojawia się zazdrość, w której więcej jest miłości do siebie samego niż do drugiej osoby.
Źle jest zarzucać miłości, że nas źle potraktowała… lepiej jest być wdzięcznym, że w ogóle się jej zaznało. Bo to jest ważne doświadczenie :-)
Żal – nie odczuwam żadnego. Pielęgnuję cudowne miłosne chwile, a na żale nie mam czasu … nie zaszkodzi w miodzie łyżka dziegciu ;-)  Poza tym jest jeszcze tyle pociągów, do których mogę  nieprzerwanie wsiąść ;-)) Trzymam się fajnych momentów życia, a nie tych do „d”, bo bym się w fotel nie zmieściła ;-)) jakbym je miała tak roztrząsać :-))

Yes, yes, yes – miłość cudowna jest :-) To Ona skutecznie chroni mnie przed starością i nauczyła mnie zadowolenia bez względu na okoliczności, w których się znajduję :-)
I najważniejsze: zawsze ktoś od nas będzie młodszy, piękniejszy, mądrzejszy, bogatszy, ale też zawsze bez względu na te względy ;-) mamy prawo do Miłości!



niedziela, 11 marca 2018

Pyszna kawa ziarnista


Posiadacie Kochane ekspres ciśnieniowy lub lubicie świeżo mieloną kawę? A może macie w swoim otoczeniu osoby, którym dobra jakościowo, przepyszna w smaku kawa ziarnista mogłaby sprawić przyjemność? Pracujecie w firmie, która poszukuje dostawcy kawy? Jeśli odpowiedź na któreś z tych pytań brzmi tak... mam dla Was dzisiaj propozycję przepysznych, aromatycznych kaw ziarnistych :) 

Rodzima, rzemieślnicza palarnia kawy Coffee Style oferuje świeżo paloną kawę ze szlachetnych ziaren najwyższej jakości. Prażona mistrzowską metodą Slow Roasted. Najlepsza kawa ziarnista marki Premium - Luciano Cafe wspaniale nadaje się do zaparzania w ekspresie ciśnieniowym i nie tylko... młynek, woda, kawa, odrobina cukru trzcinowego / miodu i otrzymujemy wspaniały, aromatyczny i pobudzający napar. Daleko mi do etatowego kawocholika, jednak doceniam smak kaw Luciano Cafe. :) 

Miałam okazję wypróbować trzy kawy... trzy smaki... trzy niezwykle aromatyczne napary :) Za kilogram kawy Coffee Style należy zapłacić od 45 do 69 zł netto :) Jednak... przy zamawianiu do punktów gastronomicznych, firm więcej niż 5 kg w miesiącu: możliwe jest negocjowanie ceny. Warto wiedzieć, że z jednego kilograma kawy ziarnistej uzyskuje się średnio 125 filiżanek kawy.

Verona Style, czyli 100% Arabica, pochodząca między innymi z Etiopii, Kostaryki i Gwatemali to jedna z najdroższych kaw Coffe Style (69 zł netto/kg). Nuty i aromaty, które można w niej wyczuć to między innymi: migdały, czerwone jabłko, cytrusy, cukier trzcinowy, jagody, limonka, jaśmin. To aromatyczna i mocna kawa, która szybko stawia na nogi :) 

Sanremo Style, czyli 80% Arabica + 20% Robusta, to kawa delikatniejsza. Można wyczuć w niej nuty: jagód i cytrusów, ciemnej czekolady, cukru trzcinowego, śliwki i owocową kwasowość. To wyrazisty smak dla najbardziej wymagających podniebień. 

Modena Style, czyli 60% Arabica + 40% Robusta, to najdelikatniejsza z kaw prezentowanych dzisiaj przeze mnie, a także najtańsza. Smakiem jednak dorównuje poprzednim dwóm :) Jagodowa kwasowość, borówki, jaśmin, cukier trzcinowy, posmak winny, orzechy włoskie... to prawdziwe szaleństwo dla kubków smakowych :) To idealna kawa dla wielbicieli espresso oraz Latte i Cappuccino.

Baristką z prawdziwego zdarzenia to ja nie jestem, ale prawdziwie subiektywnie swoje wrażenia z picia tych kaw opisałam ... jak u Was się sprawdzą? O gustach się nie dyskutuje, można jedynie je przedstawiać ... zrobiłam to jak najrzetelniej potrafię :-)) Smacznego:-)

piątek, 9 marca 2018

Bomba rewitalizująco - nawilżająca


Kwas hialuronowy to produkt, który uwielbiam... i z którym najchętniej w pielęgnacji bym się nigdy nie rozstawała ;) Tym razem padło na kwas marki Bioleex. Kwas hialuronowy 3% (30 ml) w postaci żelu to produkt, który składa się z trzech form kwasu wzajemnie się uzupełniających o różnej masie cząsteczkowej. Dzięki temu ma szansę działać za równo na zewnątrz jak i wewnątrz skóry. (Kwas hialuronowy wielkocząsteczkowy tworzy na powierzchni skóry warstwę, natomiast małocząsteczkowy wnika do górnych warstw naskórka działając nawilżająco, a także jest nośnikiem ułatwiającym wprowadzenie innych składników aktywnych w głąb skóry.)

Kwas hialuronowy występuje w naszym organizmie jako hialuronian sodu. Znajduje się w skórze właściwej i przestrzeni międzykomórkowej. Odpowiada za właściwe nawilżenie i młody wygląd skóry, ponieważ wiąże w niej cząsteczki wody i łączy włókna kolagenowe. Warto więc sięgać kremy przeciwstarzeniowe i odmładzające, które w swoim składzie zawierają jego dużą ilość. 
Spadek poziomu włókien kolagenowych sprawia, że skóra staje się wysuszona, zwiotczała, a zmarszczki się uwydatniają. Niestety ten proces zaczyna się już po 25 roku życia... dlatego warto zadbać o aplikację kwasu wcześniej niż w 60 roku życia, choć... na uważam, że na czynienie dobra to nigdy nie jest za późno ;) A im wcześniej - tym lepiej :) 


Kwas hialuronowy 3% został poddany badaniom aparaturowym i aplikacyjny. 4 tygodnie regularnego stosowania wykazały, że:

"Produkt daje odczucie nawilżenia skóry - 100 % pozytywnych opinii
Produkt daje poczucie ujędrnienia skóry. - 92 % pozytywnych opinii
Produkt sprawia, że skóra staje się promienna - 84 % pozytywnych opinii
Produkt sprawia, że skóra staje się świeża - 96% pozytywnych opinii
Produkt sprawia, że skóra staje się odmłodzona - 76 % pozytywnych opinii
Produkt sprawia, że oznaki starzenia są mniej widoczne - 72 % pozytywnych opinii
Produkt wspomaga regenerację włosów - 92 % pozytywnych opinii
Ponadto oceniono, łatwe rozprowadzanie oraz wchłanianie produktu na 96%."

Nawilżenie skóry wzrosło od 4% do 30 %
Poziom wygładzenia skóry uległ poprawie od 18% do 39%

Kwas hialuronowy stosuję na oczyszczoną skórę twarzy - moja buzia chłonie jak gąbka - szczególnie kwas hialuronowy i zauważam, że produkty zaaplikowane na wcześniej przygotowaną twarz za sprawą kwasu hialuronowego... wchłaniają się lepiej. Jestem w tym kwasie kompletnie zakochana i od niego stuprocentowo uzależniona. Nic nie nawilża mojej skóry tak jak kwas hialuronowy w stężeniu 3 % :) Nawilżenie, ujędrnienie, odświeżenie skóry, odmłodzenie, dobre wchłanianie, łatwe rozprowadzanie produktu... z tym wszystkim się zgadzam :) Świetnie wpływa także na włosy zabezpieczając i nawilżając końcówki. Ten kwas nigdy nie sprawiał mi żadnego kłopotu jest w miarę wydajny... i czuję jak wspaniale wpływa na moją skórę - to dla niej cudowny zastrzyk energii i nawilżenia :) 


Olej z ogórecznika nie jest tak wielkim hitem jak kwas hialuronowy w stężeniu 3%... ale i na ten produkt warto zwrócić uwagę :) To 100% naturalny kosmetyk poszukiwany ze względu na unikalne właściwości regenerujące i odmładzające skórę. Regularnie stosowany na twarz przyczynia się do wygładzenia, ujędrnienia i zmniejszenia widoczności zmarszczek. Wspaniale sprawdza się przy pielęgnacji skóry suchej i zniszczonej... w moją skórę ten olej wchłania się ekspresowo i nie pozostawia po sobie żadnej warstwy. To bardzo łagodny olej, który sprawdził się także na najdelikatniejszych i najwrażliwszych obszarach mojej skóry... regenerując i łagodząc jej podrażnienia. Nawilża skórę i wygładza jej powierzchnię. Stanowi taką kropkę nad "i" w mojej codziennej pielęgnacji. To naprawdę fajny produkt - bardzo go lubię i będę do niego wracała, choć nie jest mi tak niezbędny do "kosmetycznego" szczęścia jak kwas hialuronowy :) 

Ten olej BIO najwyższej jakości, tłoczony na zimno, nierafinowany, nie zawiera dodatków – olej 100% i jest kosmetykiem wegańskim. W opakowaniu znajdziemy 50 ml produktu.Właściwości tego oleju (zawartość składników odżywczych - np. witamina C, flawonoidy...) sprawiają, że jest polecany szczególnie dla skóry wrażliwej, podrażnionej, wysuszonej i pomarszczonej( czyli mojej ;) Lubię go nakładać szczególnie na wcześniej wspomniany kwas hialuronowy, aby dostarczyć swojej skórze jak najwięcej wspaniałości.
Chcecie to wierzcie, chcecie nie wierzcie, ale ja ...
po wieczornym zastosowaniu obydwóch, rano głaszczę się(bez żadnego narcyzmu;-)) po policzku i odczuwam przyjemność:-) Zerkam w lustro i widzę jednolicie gładką skórę. Ach jak miło będzie wyjść rankiem z domu:-)), a wieczorem zabieg powtórzyć:-)

wtorek, 6 marca 2018

Czas na szczerość...


Czas na szczerość czyli taki rodzaj prawdy, który nam daje poczucie wolności, ale niekoniecznie wpływa dobrze na innych... Nie ma już tematów tabu... o wszystkim się mówi otwarcie i głośno.

Ale kiedy? Właśnie w tym sęk, że w dzisiejszej dobie, przez internet, gdzie można być anonimowym – przesunęła się granica odwagi i wstydu. Bez ponoszenia konsekwencji można mówić wszystko... można epatować złością, wkurzeniem, przekleństwami, swoimi prawdami... Ale to ze szczerością nie ma nic wspólnego. Szczerość dotyczy relacji międzyludzkich , a nie prawdy, które są różne i zależne od tych, którzy je przedstawiają.

Jak ja widzę szczerość?

Oglądam swoje zdjęcia sprzed lat, te na, których byłam grubsza i chudsza... młodsza i później młodsza inaczej ;-)... dostrzegam swoje wszystkie zalety i niedoskonałości, i mówię: taka byłam, tak wyglądałam... potem inne fotografie, gdzie jeszcze gorzej wypadłam, ale trudno - przyznaję: szafa Gdańska bez renowacji (nawet) jest ładniejsza ;-) Jestem wobec siebie szczera! Wobec innych jestem taka sama? Tak! Niewymuszenie wyznaję, że staram się nie być pokrętna... choć( ?) przy robieniu zdjęć (?)... ustawiam się do nich tak by jak najlepiej wyjść... spośród wielu te do ujawnienia wybieram z zastanowieniem...przecież chcę się pokazać z jak najlepszej strony :-)) Kreuję siebie, ale czy to jest złe? Każdy ma w sobie taką małą próżność (jedni większą;-), że chce się pokazać z jak najładniejszej strony. To dla własnej psychiki jest bardzo zdrowe. Z drugiej strony konfrontacja z rzeczywistością i wzięcie jej szczerze na klatę jest bardzo ważne... gdy jednego razu (podczas tego przeglądania) zobaczyłam jaka jestem ponadwymiarowa od razu przeszłam na zdrową dietę, co dla mojego zdrowia,  i psychiki okazało się ozdrowieńcze.

Kiedy ktoś prawi mi komplement, jak ostatnio Tadzio: muszę przyznać, że wyglądasz dzisiaj pięknie :-) To ja nie zaprzeczam bałamutnie i kokieteryjnie - ależ skąd, co ty mówisz, to wcale nieprawda, przestań... "Dzięki Tadziu, tak uważam, bardzo mi miło, że zauważyłeś moje starania" – odpowiedziałam i uśmiechnęłam łobuzersko ;-) I to była szczera prawda:-)

Szczerość wcale nie jest wtedy gdy nie chcąc odstawać od innych staramy się zachowywać jak inni.. .narzekać, udawać, chodzić ze spuszczoną głową i nie przyznawać, że się o sobie myśli dobrze, i z sobą dobrze się czuje. Niska samoocena by się ze schematu nie wyłamać, to nie jest szczerość - to jest niepotrzebna nikomu obłuda. Wcale nie uważam, że jestem z siebie bardzo zadowolona... byłabym nie Starą tylko Głupią Kobietą – tak uważając. Ale...(?)

Reklama którejś z firm kosmetycznych przekonuje do kupna swoich artykułów sloganem ”Jesteś tego warta” i pierwszy raz zgadzam się całkowicie ze zdaniem reklamodawcy „Jestem tego warta” Zaraz to wyjaśnię!

Dla mnie ważne jest to jak jestem odbierana przez ludzi, którzy są ważni dla mnie, a gdy dostaję bonus, że inni też mnie akceptują, to szczerze, wdzięcznie się cieszę i raduję... gdy jest inaczej, to myślę, że każdy ma prawo do pomyłk i;-)))
Takie myślenie wcale nie świadczy, że jestem nieskromną osobą – wprost przeciwnie: są we mnie (i wcale nie drzemią :-)) pokłady pokory, tolerancji i zrozumienia, i za grosz hipokryzji nie ma... lubię siebie i to jest szczere!

To co opowiadają inni, to zawsze przesiewam przez sito... informacje tych osób w oparciu o moje doświadczenie i moją hierarchię wartości – to dopiero jest to, co dociera do mnie... wtedy nie zatracam swojej tożsamości karmiąc się złudnymi zachwytami, albo nieuprawnionymi oskarżeniami. Szczerość to nie zakłamywanie swojej przeszłości, niekłamanie przed sobą... popatrzenie sobie w lustro i odwaga stwierdzenia: jestem kłamcą. To dopiero początek by poczuć ulgę i jeśli nie ma komu przekazać wstydliwej (być może(?)) prawdy, to od tego momentu można tak żyć by móc chodzić z podniesioną głową. Takie postępowanie pomaga nam w odbieraniu siebie z szacunkiem... zdarcie maski powoduje, że człowiek sam chce naprawiać wyrządzone szkody (o ile takie były).

Szczerość to wartość, zakłada dobre intencje ale często się jej boimy, nie zawsze jesteśmy na nią gotowi. I właśnie to szczerość potrafi być największą formą agresji.

Szczerość łączy się z zaufaniem. Wierzymy, że drugi człowiek deklarujący swoje szczere zamiary – nie zrani nas, nie wykorzysta swojej wiedzy o nas – przeciwko nam w sposób bolesny, albo wręcz szkodliwy dla naszej egzystencji. Od uwrażliwienia, empatii, skoordynowanych (bądź nie) emocji zależy czy szczerość może dobrze służyć. Nie każdy chce słyszeć, że  mąż ma kochankę, jest ciężko chory, źle wygląda z grzywką zasłaniającą oko, a wiek ją od... (tu długa lista) dyskryminuje.

Jedna osoba po takiej informacji zacznie zdrowieć, druga umrze za tydzień. Ta od kochanki popadnie w kompleksy i zacznie pić, druga wyrzuci męża i zmieni swoje życie, trzecia spróbuje porozmawiać ze zdradzającym mężem, następna zasadzi się na kochankę, jeszcze inna wolałaby o niczym nie wiedzieć... ta dyskryminowana popadnie w depresję... itd...  Trzeba wiedzieć czy i kiedy szczerością przywalić między oczy... Szczerość ma służyć dobru, a nie być wykorzystywana w niecnych celach... uderzających w rzeczywistość bardzo jasno pokazaną... mówienie komuś grubemu, że jest gruby i nic mu już nie pomoże, a przy starej kobiecie powyżej 50, o innej, że to była stara 40 - letnia d..a, to arogancja i głupota by nie nazwać tego mocniej. 

Każdy z nas ma inną wrażliwość, inaczej odbiera świat, bo jesteśmy każdy z nas z różnych krańców tego świata... nie ma jednakowych ludzi... Mamy prawo do siebie nie przystawać!  I to jest właśnie szczere stwierdzenie.
Najważniejsza jest szczerość ze sobą, która pozwala nam przyznać, że.... (kolejna długa lista) Taka szczerość pozwala nam chronić się przed uzależnieniami, depresjami, różnymi ograniczeniami, lękam, frustracjami... pozwala być wolnym. 
Ja jestem wolna, choć otwarcie przyznaję, że szczerość potrafi być bolesna. Jednak to dzięki niej, nie odczuwam już tak często, innej emocji – zdziwienia :-))  





czwartek, 1 marca 2018

Krem z ajurwedyjskich ziół


Krem KAILAS z ajurwedyjskich ziół to produkt dostępny w aptekach (szczególnie sieci "Dbam o zdrowie")  i zielarniach. Jego skład jest wolny od wszelkich modyfikacji genetycznych, to produkt w 100% naturalny, importowany z Indii. 

KAILAS to krem o szerokim spektrum działania, stworzony z myślą o takich problemach jak:
  • łuszczyca
  • grzybica
  • egezemy
  • hemoroidy
  • trądzik różowaty
  • oparzenia
  • przebarwienia
  • pęknięcia
  • odleżyny 
  • opuchnuęcia
  • naciągnięcia
  • ból
  • ukąszenia owadów
  • pryszcze
  • kurzajki
  • wysypki alergiczne i wypryski
Jak same widzicie... Ten kremik ma naprawdę wiele zastosowań :) Ogółem: ma działać jako opatrunek - łagodzić wszelkie zaczerwienienia, stany zapalne oraz usuwać zanieczyszczenia. Na kremik KAILAS po raz pierwszy natknęłam się... 9 lat temu. Moja najmłodsza córka miała wtedy niecałe 10 lat i niestety już wtedy zmagała się z trądzikiem i wypryskami. Odwiedziłam wtedy zaprzyjaźnioną zielarnię... i to właśnie ten produkt został mi polecony. Trafił w ręce córki... i przepadł ;) Ona wolała skubać wypryski, niż smarować... ja jej nie dopilnowałam.... a potem... myślałyśmy, że maść jest zepsuta, ponieważ ze względu na zawartość wody wapiennej... treść ta "konkretna" zaczęła się od niej oddzielać (to jednak całkowicie normalne :)). Teraz po latach, obie już mądrzejsze i bardziej zdeterminowane, aby dbać o swoją urodę (większą lub mniejszą ;)) do KAILAS powróciłyśmy i dzielnie testowałyśmy. :) 

Okazało się, że KAILAS rzeczywiście łagodzi wypryski, radzi sobie z wysypkami alergicznymi... działa po prostu jak opatrunek - przynosi skórze ukojenie i wspomaga gojenie wszelkich  niedoskonałości. Nawilża skórę, a według producenta łagodzi także ukąszenia komarów (tego nie sprawdziłam i nie sprawdzę, bo komary mnie nie znoszą i żaden nie usiądzie na mnie ;)) Jedynym jej minusem... jest mała pojemność - w tubce znajdziemy zaledwie 20 ml produktu - tym bardziej warto traktować ją jako opatrunek w kryzysowych sytuacjach - jak np. niespodziewany wysyp niedoskonałości skórnych. Wsmarowywanie jej 2-3 razy dziennie w buzię sprawi, że zaczerwienienia ulegną złagodzeniu, ilość wyprysków ulegnie zmniejszeniu... A co ze zrogowaceniami naskórka? I z tym KAILAS sobie radzi :) Nawilży i zmiękczy spragnioną skórę.

Wszystko za sprawą bogactwa jego składników :) 
  • Olej kokosowy - działa bakteriobójczo, wspomaga leczenie zapalenia dziąseł, świerzbu, ropni, obrzęków, łagodzi wysypki alergiczne, stłuczenia, działa zmiękczająco
  • Olej sandałowy - działa przeciwbakteryjnie, pomaga przy oparzeniach i poparzeniach słonecznych, posiada właściwości dezynfekujące, antyseptyczne, niweluje uczucie pieczenia, przydatny przy wrzodach.
  • Miodla indyjska - działa przeciwgrzybicznie, przeciwpleśniowo, ściągająco, antybakteryjnie, antywirusowo.
  • Borneo Camphor - działa antyseptycznie, przeciwzapalnie, przeciwgrzybicznie, pomaga w chorobach skóry.
  • Damarzyk mocny - działa przeciwgrzybicznie, pomaga w krwawiących hemoroidach, wrzodach, chorobach skóry i odmrożeniach.
  • Cyndon Dactylon - łagodzi skutki skaleczeń i ran, jego właściwości są pomocne przy krwawiących wrzodach. Ma właściwości ściągające.
  • Cissampelos Pareira - zmniejsza krwawienie, działa antywirusowo, antybakteryjne, przeciwtrądzikowo, posiada właściwości przeciwbólowe, przeciwzapalne, antyseptyczne.
  • Tribulus Terrestris - posiada właściwości regenerujące (regeneruje uszkodzone tkanki), ożywcze, działa antyoksydacyjnie (odtruwająco), działa relaksująco na skórę.
  • Woda wapienna  - korzystna przy miejscowym leczeniu trądziku, zwłaszcza odmiany trądziku różowatego oraz wypryskach skórnych, działa antyseptyczne, posiada właściwości odkwaszające, stosowana miejscowo w stanach zapalnych skóry i błon śluzowych, owrzodzeniach itp., pomaga przy oparzeniach.


Jednym z głównych składników używanych do produkcji kremu KAILAS jest olej kokosowy, a jak powszechnie wiadomo olej kokosowy lubi ciepło i pod wpływem niskiej temperatury ulega utwardzeniu co może wpływać na konsystencje kremu (dotyczy to głównie tych zimniejszych miesięcy w roku). Wystarczy jednak krem położyć w nasłonecznionym punkcie lub np. na kaloryferze, aby oddziaływała na niego temperatura (chodzi o to by olej kokosowy zawarty w kremie rozgrzał się) i gdy biorąc go w dłonie poczujemy, że jest on ciepły - będzie to oznaczało, że konsystencja jest idealna do stosowania :) 

KAILAS potrafi poradzić sobie z wieloma problemami skórnymi... może Wam także pomoże? Warto zaopatrzyć się w choć jedno opakowanie i wypróbować na sobie samej - czy faktycznie działa :) My (Alicja i ja) z każdym kolejnym dniem używania maści KAILAS dochodzimy do wniosku, że... wielka szkoda, że nie jest dostępna w większych opakowaniach ;) Warto zwrócić na nią uwagę... szczególnie przy różnego rodzaju wysypkach - zmagałam się ostatnio z ciężką wysypką na buzi (spowodowaną stresem) - lekarz polecił maść ze sterydami. Przystałam na to. Po dwóch dniach... do wysypki doszło jeszcze ogromne, utrzymujące się zaczerwienienie buzi :( Maść KAILAS przyniosła mi wtedy ulgę. To niepozorny, ale bardzo pomocny produkt :)