czwartek, 8 sierpnia 2019

Zapełnić puste gniazdo....


Puste gniazdo, syndrom pustego gniazda...Ta sytuacja może dotknąć każdą z nas, która ma dzieci. To wtedy, gdy dziecko już dorosłe chce wyprowadzić się z domu i zacząć swój własny życia lot.
I wtedy to smutek, żal, poczucie pustki ogarnia mamę latorośli, która postanowiła na swój sposób, samodzielnie żyć. Bez ułatwień jakie daje rodzinny dom, bez otoczenia codzienną troską, bez kurateli, bez pytań z niej wynikających, bez...

Mnie to spotkało przeszło rok temu, gdy ostatnie z moich dzieci postanowiło usamodzielnić się... nie tylko wyprowadzić się, ale też związać z innym człowiekiem... i z nim zacząć budować nowe, swoje gniazdo.
Młoda jeszcze ta moja córka... ledwo zdała maturę i dostała się na studia... a tu znalazła szczęście w innym miejscu, przy innym człowieku...

W moim życiu to był ten moment, kiedy akurat spadło na mnie wiele innych trudnych spraw, które w tym osamotnieniu i początkowym niepogodzeniu z tą sytuacją... wydawały się jeszcze cięższe. Do tego moje ciało się zbuntowało i zaczęło boleć mnie całe, co ograniczało funkcjonowanie.
To z kolei nakręcało psychikę, która to wznosiła się, to upadała... huśtawka jest dobra dla dzieci, a nie dla starej kobiety, więc czułam, że zaczynam się po prostu sypać.
Poczułam się mało wartościowa, niepotrzebna i odrzucona. Moja wartość w moich oczach spadła do zera, a może jeszcze niżej :-)

Do tego troska, że moja najmłodsza córeczka rzucona w wir nauki, pracy, prowadzenia domu, pielęgnowania tak świeżego związku… będzie miała ciężko w odosobnieniu od rodzinnego domu... to mnie zabijało. Na moją kondycję psychofizyczną bardzo, bardzo źle wpływało.
Więź moja z córką poprzez to, że osiemnaście lat pokazywałam jej życie sama, bo mąż umarł, kiedy ta miała zaledwie przeszło dwa lata... ta więź  była (jest) szczególna.

Wszystko, dosłownie wszystko robiłyśmy wspólnie. O siebie razem walczyłyśmy. A tu nagle taka zmiana... nie jestem już codziennie mamusią... nie mam w domu dziecka... jest na końcu telefonu... a ja jestem stara i samotna, niepotrzebna nikomu.

Zmiany hormonalne już przeszły, ale podatność na różne zewnętrzne czynniki powodujące wręcz depresję... nasiliły się. Tak bardzo, bo dodatkowo byłam samotnym rodzicem  i po opuszczeniu domu przez córkę... on stał się zupełnie pusty.

Połowa energii z niego uciekła, a ta co pozostała to była już słaba.
Ciężkie wydarzenia, które miały w tym czasie miejsce  spotęgowały moje cierpienie.
Dopadł mnie syndrom pustego gniazda. I nie puszczał.
Choć dobrze wiedziałam, że prędzej czy później do tego dojdzie... jakość trudno było mi się z tym faktem pogodzić. A przecież ja sama, ukochana rodziców jedynaczka... skończyłam osiemnaście lat i zakomunikowałam im, że gdzie indziej jest mój świat. Zakochałam się i ciepłe gniazdo opuszczam by budować swoje, na swój i ukochanej osoby sposób.

Mama płakała choć tego nie pokazywała, ale ja widziałam... tato się nastroszył i jeszcze mniej mówił niż zwykle, a babcia? Babcia się cieszyła i mówiła, że skoro to jest moje szczęście, tak je widzę, to ona mnie wspiera i życzy wszystkiego, wszystkiego najlepszego. Ale i tak jakoś smutno się zrobiło. na szczęście rodzice mieli siebie i jeszcze ta babcia w zdrowiu obok nich żyła. A ja sama z moim wybrankiem nowe życie założyłam. Czas pokazał, że dobrze zrobiłam i to kolejne gniazdo całkiem fajne było... pełne dzieci, śmiechu, radości... a smutki i inne przykrości? Jak to w życiu też się zdarzały... wiadomo... życie  najbardziej kolorowe też potrafi boleć.
I teraz z tego gniazda wyfrunęła najmłodsza ukochana córeczka i to ranę zadało.
Tak bardzo, że zwykłe dolegliwości przeradzały się w ból bezlitosny i do tego przewlekły.

Ale minął rok. Mieszkamy osobno, ale słyszymy się kilka razy dziennie i widzimy też wiele razy w tygodniu. Rozmawiamy jak dawniej czy to osobiście, czy przez telefon czy internet, robimy wspólne wypady do miasta, na wycieczki. Uczestniczymy czynnie w swoim życiu. Alicji gniazdo jest jeszcze w budowie. Cieszę się, że mogę pomóc jej słowem, radą, czy jakąś bardziej czynną postawą w realizacji jej marzeń.
Nie troskam się już o nią, ani o jej związek z jej narzeczonym. Widzę, że jest szczęśliwa i to jest moim ukojeniem... widzę, że razem są szczęśliwi (planują w przyszłym roku ślub) i to jest moja radość.
Czuję, że mój uśmiech ma dla nich wielkie znaczenie. To jaka jestem, jak się zachowuję, jak odbieram świat, jak się ustawiam do niego odbija się w ich związku. Ode mnie też zależy czy ci młodzi będą zadowoleni.  A obcowanie ze mną nie będzie dla nich przykrym obowiązkiem tylko niewymuszoną przyjemnością.

Pozornie tylko wydawało mi się, że to już koniec mojego występu, mojej roli na tym świecie, że nie mając dziecka przy sobie staję się w szybszym tempie stara i już nie schodzę z tego świata tylko staczam się z prędkością światła. A to nieprawda!

Dzięki  Alicji zyskałam syna. Jej przyszły mąż jest dla mnie (a jestem specyficzna dość :))))) bardzo dobry, wyrozumiały i świetny kontakt mamy.
Jego troska jest wzruszająca i bardzo ujmująca. Czuję, że nie jest na pokaz tylko jak najbardziej naturalna. My się po prostu lubimy ;-))

 Ja? Ja zrobiłam sobie konfrontację z sobą... przemyślałam i poznajdowałam całe mnóstwo dobrych stron, które zapełniają moje "puste" gniazdo. W "cudzysłowie" puste, bo ono jest przepełnione wręcz.
Czym?

Tym czego już nie muszę, czego nie chcę, czego chcę, co mogę, lecz nie muszę... jestem jeszcze, więc mam prawo nie zgadzać się na coś, chcieć czegoś niezależnie od nikogo i czuć czego chcę nie obracając się wstecz tylko patrząc przed siebie. I nie wiem jaka długa będzie to droga, ale jest moja i nie ma takich przeszkód, których bym nie chciała pokonać by jak najdłużej nią iść.
Dlatego we wszystkich zmianach (teraz wiem) trzeba doszukiwać się jak najmocniej pozytywnych stron i czerpać z nich ile się da.

Myślenie o własnych potrzebach, spełnianie marzeń, wypełnianie własnego życia swoimi sprawami, a nie zamartwianie problemami innego gniazda, odnalezienie sensu życia w sobie, nadanie swojego kształtu nowej rzeczywistości, docenienie zwiększonej ilości wolnego czasu -  to wolność!

Pojawia się czasem deficyt czyjejś obecności, bliskości, ciepła, po prostu fizycznego odczuwania kogoś bliskiego... nawet bez słów, tylko z zapachem, spojrzeniem, wyciągniętą ręką z herbatą...
Ale świat nie znosi próżni, więc wszystko da się wypełnić. Ile się daje, tyle otrzymuje, więc każdy "osierocony" rodzic ma szansę na swoje spełnienie w życiu... niekoniecznie w oparciu o swoje dzieci.
Gdy moja najmłodsza córka wybiła się na samodzielność musiałam nauczyć się być ze sobą sama, dla siebie, polubić tę zmienioną sytuację.

Potrafię już cieszyć się przestrzenią, którą ja tylko zapełniam i moje zainteresowania, zajęcia, dbanie o siebie i pielęgnowanie związków mi przyjaznych oraz korzystanie z życia... bo przecież nic mnie już nie ogranicza... wszystko mogę... nic nie muszę.

Tak ostatnio czułam się gdy byłam małą dziewczynką, a rodzice zapewniali mi wszystko. Teraz też  tak jest... intelektualna beztroska....aaaaaa… słyszę wiatr.... już mój nastrój nie sięga ziemi, lecz dotyka nieba... życie ma sens. Dojrzałam, uświadomiłam sobie, że sensem nadrzędnym nie musi być rodzicielstwo do siedemdziesiątki mojej córki. 

Odkąd  byłam dorosła to wiedziałam, że kontrolowanie i niepozwalanie dzieciom na własny byt,  jest nie tylko nieetyczne, lecz zabójcze dla dobrych relacji między rodzicami, a dziećmi... i obie strony może doprowadzić do frustracji (może ta świadomość ułatwiła mi pogodzenie się z moją pustką po wyprowadzce córki).

Dzieci nie przychodzą na świat dla nas, tylko dla siebie (odkąd przychodzą na świat, warto o tym pamiętać ;-))… Zaborczość rodzicielska wobec nich... powoduje tylko jedno - tracimy je. A my sami zostajemy splątani tą pępowiną, która, już nie łączy nas, tylko dzieli z dziećmi. A nas? Nas dusi...  Tak zgorzkniali możemy doprowadzić do tego, że zagości w naszym pustym gnieździe zupełnie nie chciany gość - depresja.
Dlatego właśnie musimy walczyć z syndromem pustego gniazda - dla dobra siebie i naszych kochanych bliskich.





9 komentarzy:

  1. Szczerze to nie przeżywałam syndromu pustego gniazda może dla tego,że małżonek czasami zachowuje się jak nastolatek ba nastolatek potrafi sam znaleźć swoje skarpety ;)) Ale tak poważnie bardzo ale to bardzo się broniłam przed tym . Sama miałam dość płaczu mojej mamy kiedy tylko wspominałam o wyprowadzce tego mówienia o umieraniu w samotności i o poświęceniu życia dla mnie (choć nie jestem jedynaczką). Wiem jak to dołuje dziecko jak wpędza w poczucie winy nie chciałam tego fundować jedynej córce bo to zostawia blizny na cale życie. Moja córka wyjechała do innego miasta na studia i tak już zostało ale dzwoni, spędzamy razem kilka dni w wakacje, odwiedzamy się . Zawsze miałam głowę pełną pomysłów i zbyt mało czasu by je realizować teraz nadrabiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie jest mieć w takiej sytuacji jakieś zwierzątko, wtedy jest trochę łatwiej. Moje bardzo wcześnie opuściły rodzinne gniazdo, bo starsza po liceum wyszła od razu za mąż, mieli już córeczkę i wyprowadziła się na początku do mieszkania teściów. Młodsza po gimnazjum wyjechała 100 km oddalonego Wrocławia, do liceum. Tam ją wezwali do kadry sportowej, no i po studiach kupiła już sobie tam mieszkanie. Starsza po 10 latach małżeństwa została młodą wdową i z nowym partnerem wyprowadziła się jeszcze dalej, bo aż prawie 400 km. Nie jest to łatwe, na szczęście dobrze że mamy telefony i Internet. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. zawsze jest trudno jak dzieci dorastaja się wyprowadzają.

    OdpowiedzUsuń
  4. Też przez chwilkę miałam syndrom pustego gniazda haha gdy syn wyjechał na 3-dniową wycieczkę. córka nie mieszka już z nami 3 lata, został jeszcze syn ale wystarczy,że wyjedzie na wycieczkę i czuję pustkę :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak myślisz? czy syndrom dotyka także ojców?

    OdpowiedzUsuń
  6. Syn wyjechał pierwszy, w następnym roku córka z rodziną. Zostaliśmy sami z mężem, ale każde z nas pracowało, więc nie odczuliśmy tak bardzo tej pustki........nie było na to czasu. Obydwoje mieszkają za granicą, widujemy się praktycznie raz, dwa razy w roku. Piszemy do siebie i często rozmawiamy przez telefon. Myślimy o nich i tęsknimy......ale mamy książki, mamy swoje zajęcia, mamy siebie i jakoś to znosimy. "Dzieci nie przychodzą na świat dla nas, tylko dla siebie" święte słowa, i póki zdajemy sobie z tego sprawę to i lżej znosimy rozłąkę. Pozdrawiam gorąco:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo mądre słowa, dziękuję. Ja mam swoją jedynaczke jeszcze w domu, ma 15 lat. Od Września liceum i zmiany, coraz mniej spędza z nami czas i coraz bliżej czas że opuści rodzinne gniazdo. Dzięki twoim słowom wiem ze sobie poradzę. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. Pewnie jestem jakaś inna:), ale jak wreszcie zamieszkalam sama, bez dzieci, to odetchnęłam z ulgą. Poczułam się wolna. Żadnego syndromu pustego gniazda, nie wiem, co to jest.

    OdpowiedzUsuń
  9. Moi rodzice chyba nie odczuli tego syndromu, chyba że jak wiele lat temu zamieszkałam w Katowicach. Dziś z mężem mieszkamy z nimi. Rodzice na parterze my zaś na I piętrze.
    Są plusy i minusy wspólnego mieszkania.
    Pozdrawiam. Edi.

    OdpowiedzUsuń