czwartek, 8 listopada 2018

Liście i kominiarze*. Całkiem NieROMANtyczna historia.

 

Piękne, wczesne jesienne popołudnie. Wlokę się, człapię wręcz po niezagrabionych liściach w parku. Ubrana w byle jaką , niepasującą do reszty bluzeczkę... na to kraciasty płaszcz w kratę tak wielką, że jedna osłania cały bok. Ciapam w strasznie poważnych, wygodnych szerokich pantoflach, takich jak to noszą panie (bez urazy ;-) koło setki będące. W ręku trzymam torebkę, co prawda ostatni modowy hit, ale tak to się ma do całości jak smark do rękawa jak to kiedyś prawiła pewna, znana mi dama. W reklamówce z jakiegoś Aldi czy innej Biedronki stos papierów i dokumentów arcyważnych, które dopóki żyję mają znaczenie... nieco później pójdą na spalenie. Taki widok mnie, to groza. Nic niedopasowane, do tego człapanie... i te liście spadające, i te które przydeptuję... frustracja jakaś mnie łapie? czy co powoduje, że tylko krwista szminka na ustach przypomina, że to ja jednak jestem.

To ja, Stara KOBIETA... nieco zmieniona. Przysiadłam na największej kupie liści, uprzątniętej specjalnie przez ludzkie ręce czy przez wiatr, które zgarnął je pod drzewo. Taki fotel z miękkim siedziskiem i twardym oparciem. Wyglądało to dosyć dziwacznie. Wokoło chodzili ludzie i dziwnie się patrzyli. A ja nic. Uśmiechałam się dosyć swobodnie, dając tym uśmiechem znać, że jest mi wygodnie :-))
Obserwuję liście, które już zapomniały co to fotosynteza, jak ja zaczynam zapominać co to radość niewymuszona. Dzień coraz krótszy, w liściach zanika produkcja chlorofilu... barwnika odpowiedzialnego  za kolor zielony... przypomniała mi się biologia i Balbina (jak nazywała ją moja klasa), która tłumaczyła, że gdy słońce zanika w zamian za chlorofil pojawia się ksantofil, karoten, antocyjany... czyli barwniki te znane z marchwi, papryki, dyni i tak dalej. Ha ha ha... po to uczyłam się biologii by ją analizować  50 lat później na kupie liści. Tak dumając ani się spostrzegłam jak wiatr zaczął mocniej dmuchać, liście głośniej szeleścić, a mnie robić się zimno w p... ;-) Te liście zgniecione przez moje przeszło półwieczne siedzenie - to ich rozkład zupełny, już się nie podniosą, nie zafurkoczą... pomyślałam mściwie ;-) Inne  też spadające z drzew na ziemię skończą również jak nikomu niepotrzebny, bezwartościowy niebyt. Siedziałam tak jeszcze przez moment... ogarnięta smutkiem, zagubiona we własnych myślach, samotna jak te pojedyncze listki, te bardziej kolorowe, jeszcze zielone, malinowe i słonecznie iskrzące pośród tych brązowo czarnych, szarych i butwiejących.

Zerwałam się nagle. Otrzepałam się. Już za moment szybko, sprężystym krokiem mknęłam pod pobliskim płotem by jak najprędzej znaleźć się w domu, by nikt mnie nie zauważył, by nie zastanawiał się... czy to Stara Kobieta czy jakaś Stara Bieda Baba?

Liście, ich oglądanie, dotykanie uzmysłowiły mi, że wprawdzie jesteśmy jak te liście, a wiatr jak to nasze życie pcha nas w różne strony. Ale też jak te liście odradzamy się co wiosnę na tym samym drzewie... jedni kilkakrotnie, inni nawet kilkadziesiąt wiosen. Ale nie do końca jesteśmy jak liście, bo tylko My - Ludzie mamy wpływ na to jak zakończymy nasze życie i jak zapamiętają nas inni. Czy przez poddanie się  różnym niedobrym zawirowaniom nie skończymy jak zgniły niebyt.

Kończy się jakiś jeden etap. To nie znaczy, że w następnym nic dobrego już nas nie spotka. Dobiegłam do domu. Ściągnęłam z siebie brudne szmaty. Bez zastanowienia wrzuciłam do foliowego worka i wypchnęłam tymczasowo na balkon. Za chwilę już siedziałam w wannie, w różowo białej pachnącej pianie. Szorowałam się starannie złuszczającymi naskórek mydłami, na twarz nałożyłam maseczkę w kolorze zielonym z saszetki z napisem "Moc młodości".

Natarczywy dzwonek do drzwi i jednoczesne pukanie dotarl ledwo co do moich uszu, ponieważ woda bez przerwy nowa do wanny leciała. Wkurzyłam się. - nigdy nie pamięta o kluczach. Zwinnie jak stukilowa sarenka wyskoczyłam z piany, owinęłam ręcznikiem, na zmoczone włosy już nie zwracałam uwagi, tudzież na zieloną maseczkę. Bez zastanowienia szeroko otworzyłam drzwi.
- mogłabyś pamiętać o kluczach...
- mhm... Dzień dobry, tu kominiarze*. Sprawdzamy przed zimą kominy. Salon i łazienka... prosimy o dostęp.
Dwaj młodzi inaczej niż ja, razem mający pewnie tyle wiosen co ja sama jedna (albo jeszcze mniej;-) do tego na pierwszy rzut oka ;-) mężczyźni ;-) patrzyli gdzieś ponad moją głową, ni to speszeni, ni to rozbawieni. (Ich miny? bezcenne :-))

Sytuacja była dość nietypowa... zabawna...? w umywalce pływały moje rózowe majteczki w żółte kwiateczki. O rany...  a ja w koronie piany na głowie, bez szminki na ustach... czyli goła! :-)) I ta zieleń wiosenna na licach (przynajmniej nie było widać zmarszczek ;-) Nie przypominając o innych niedostatkach w garderobie ;-))) (ale ręcznik przepiękny ;-))
- Proszę sprawdzać te kominy. Ja swojego jeszcze nie sprawdziłam, bo mi panowie trochę przeszkodzili -  chlapnęlam po prostu
Podpisałam papiery, że panowie byli... nie dopisałam, że mnie lekko zawstydzili ;-) Poszli. Przez tą podglądającą dziurkę w drzwiach podpatrzyłam jak rozbawieni patrzyli się na siebie :-))) Dzięki nim przynajmniej nie siedziałam za długo w wannie :-)

A zaczęło się parę tygodni temu. Myślałam, że pozamykałam wszystkie drzwi, za które zaglądać bym nie chciała... nawet chwaliłam się, że umiałam postawić kropkę pod wszystkimi w mym umyśle, sercu, przekonaniu załatwionymi sprawami. Cieszyłam się, że teraz w jesieni życia, jesienią mimo wszystko czuję wiosnę. Czułam, że w moim ciele, w całej mnie... rozkwitają coraz to nowe pąki życia i byłam dumna, że żaden wiatr nie ma takiej siły aby mnie przewrócić, bo ja potrafię się w odpowiednim momencie czegoś schwycić i trzymać... mocno.

Aż przyszedł kolejny cios,. Ten jeden drugi pociągnął... następny... nokaut??? Starałam się z każdego wyciągać coś dobrego. Mimo niepokojących wieści jeśli chodzi o zdrowie... eh... najważniejsze jest wiedzieć co jest i nie dać się tak szybko, bo jestem liściem, który spada, ale jakimś trafem zahaczył się o gałąź innego drzewa i się trzyma. Trzymałam się... mimo wirującego bólu w ciele... w sercu, głowie i oczach czułam radość istnienia jeszcze. Moje dzieci szczęśliwe, więc i ja tym ich szczęściem obdarowana, się nie poddawałam.

Aż otworzyły się drzwi, które zamknięte już były... to NieROMANtyczny, mój były już mąż, którego winę mam na piśmie (jak i swoją porażkę w tym samym) ... chce skrzywdzić moją córkę. Jakby nie dość krzywd nam wyrządził (?) Wszystko wróciło... odeszłam od siebie... przestałam być liściem zwycięskim, liściem laurowym... poczułam się jak podarty, szary liść.... liść przemijający, zdeptany. I dlatego przestało mi zależeć na czymkolwiek, usiadłam w parku jak stara nie jak Stara KOBIETA, na tej kupie liści.

Tam zrozumiałam, że mam w domu kredki i farby, i że mogę namalować nawet niebieskie jak niezapominajki, różowe jak płatki mydlane - liście, które swoim czarem, urokiem przebiją  zgniłe liście nieprawdy, czarne liście działań NieROMANtycznego. 

Zawahałam się przez chwilę i bardzo się tego wstydzę... dopóki jest się jeszcze liściem tańczącym, wesoło iskrzącym słonecznymi, miodowymi barwami - dopóty jest nadzieja, to trzeba się podrywać do lotu, albo trzymać gałęzi jak najmocniej, A nie pozwolić przydeptać pod byle buciorem.

Wróciłam do siebie, do znanej mi Starej Kobiety, która walczy... dobiera kolory, chodzi z podniesioną głową, uśmiecha się i maluje niebieskie liście. Witajcie znowu :-)))

* kominiarze - Babcia, gdy byłam mała kazała mi na widok kominiarza kręcić guzikiem ;-) ponoć miał przynosić szczęście :-)) Zacznę przyszywać guziki do ręczników ;-) Nigdy nic nie wiadomo :-))













8 komentarzy:

  1. Jest jak jest... czasem liście, a czasem ich....kupa? Do przodu starsze, ale jeszcze młode panie, do przodu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tyle radości widzę,że aż podziwiam. To coś pięknego... gorąco pozdrawiam 😊

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale się uśmiałam z tych kominiarzy! :D Każdy chce sobie czasem poczłapać, podreptać wśród liści, a widzę piękne pantofelki nie jakiś człapy :) Z tym guzikiem do ręcznika to niezły pomysł :)) nieromantycznego gonić w cholerę ;)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Na zdjęciach tryskasz energią :)

    OdpowiedzUsuń
  5. We wszystkich ubraniach wyglądasz uroczo.Listopadowa
    aura niestety sprzyja pesymizmowi. Jednak pobyt w parku, wśród kolorowych liści i spotkanie z kominiarzem na pewno poprawiły Ci,chociaż na krótko humor.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  6. U mnie też byli kominiarze:jeden młody,twierdził ze psy go lubią, więc mojej suki się nie bał.Drugi starszy świdrował mnie wzrokiem wychodząc, a przecież nie miałam na sobie maseczki. Trzymam kciuki by Twoja wola walki powróciła tak jak szczęście do Twojej córki.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wzlotu i upadki ...
    Gdyby nie dołki,człowiek nie doceniłby szczęścia lub tylko zwykłego spokoju.
    Trzymaj się!

    OdpowiedzUsuń
  8. Mnie w dzisiejszy świąteczny dzień naszły wspomnienia; te dobre i te, o których chciałabym zapomnieć na zawsze. Posiedziałam w zamkniętym pokoju, przejrzałam stosy różnych papierów, posegregowałam i część jeszcze została do ponownego oglądu. Po czym sięgnęłam po kocyk i odpoczywałam ponad trzy godzinki, nie do wiary...
    Ale wstałam nie ta ja. Przespałam smutki i już po 20 patrzę na siebie inaczej. Za chwilkę włączę cichutko muzykę i będzie mi dużo lepiej. My kobiety musimy sobie same radzić by być stale silniejsze wraz z upływem wieku.
    Jutro będzie lepiej, ... i tego się trzymajmy. Pozdrawiam:))

    OdpowiedzUsuń