piątek, 30 czerwca 2017

Pielęgnacji antytrądzikowej ciąg dalszy


Niedawno opowiadałam Wam o nawilżającym serum antytrądzikowym Fitomed oraz kremie do cery tłustej i trądzikowej ze świeżego naparu ziołowego, czyli o produktach, które ogromnie pomogły mojej córce w walce z wypryskami... na skutek, których na jej twarzy pojawiało się coraz więcej przebarwień. Jednak dzięki tym produktom największy kryzys został zażegnany, a my postanowiłyśmy pójść w walce z cerą trądzikową jeszcze krok dalej! Dawno, dawno temu pisałam też o płynach do twarzy: lawendowym i różanym, które świetnie się u mnie sprawdziły (i sprawdzają się nadal!) Są tak wydajne, że zużyłam dopiero jedno opakowanie... a minęły ponad trzy miesiące, ale to tak nawiasem mówiąc 😉). Pamiętałam, że Fitomed posiada także płyn do cery tłustej... i tu mam na myśli płyn oczarowy.


Płyn oczarowy o zapachu kwiatu pomarańczy do cery tłustej i mieszanej składa się przede wszystkim z hydrolatu oczarowego oraz olejku neroli. Jest polecany szczególnie do cery tłustej, mieszanej i naczynkowej, ponieważ w założeniu ma obkurczać naczynia krwionośne, zmniejszać zaczerwienienie twarzy, ściągać rozszerzone pory, rozjaśniać i tonizować skórę.
Jak jest w istocie?
Płyn nie zachwyca zapachem, który jest bardzo świeży, a jednak.... do miana pięknego trochę mu brakuje. Jednak nie to jest najważniejsze! Córka stosuje ten płyn, (nazwijmy go mgiełką) latem, w upalne dni i nie tylko. Świetnie odświeża i oczyszcza twarz. Daje uczucie świeżości, koi rozpaloną, zmęczoną, taką nieświeżą, wymęczoną skórę. Sprawdza się idealnie! Myślę, że to właśnie także dzięki niemu mimo potu i brudu, który towarzyszy np. pobytowi na plaży... na twarzy mojej córki nie pojawiały się nowe niedoskonałości. W dodatku: cena i wydajność także zachęcają do tego, żeby przyjrzeć się temu produktowi bliżej. To taki wakacyjny niezbędnik! Ekspresowe odświeżenie gwarantowane!


A nim jeszcze na wakacje się wybrałyśmy... córka stosowała maseczkę - peeling (korund + kwas mlekowy (4%)), ale słoneczko nad morzem bardzo opaliło jej buzię, więc maseczka na razie pozostaje w szafce i w niej pewnie pozostanie jeszcze trochę... póki opalenizna się nie utrwali. Przed wyjazdem stosowała ją jako kurację (codziennie przez tydzień), a potem regularnie co trzy dni. Maseczka ma właściwości rozjaśniające (oczywiście to dot. także przebarwień) i złuszczające (stosowana w miejscu kurzych łapek wykazuje także właściwości przeciwzmarszczkowe)... i rzeczywiście uspokaja skórę, zmniejsza ilość wyprysków, a efekty są widoczne już po pierwszym zastosowaniu. 😊

Maseczka powinna sprawdzić się u osób, które:
posiadają cerę mieszaną, tłustą i trądzikową (bez czynnych wykwitów ropnych), zmęczonej i dojrzałej.

Nie zaleca się jej stosowania do cery suchej, łuszczącej się i naczynkowej, a także pod oczy.

Posiada charakter naturalny, nie zawiera sztucznych barwników ani substancji zapachowych.  Jest naprawdę bardzo fajna. Dla uzyskania pożądanych efektów powinno się stosować ją po zapoznaniu  z instrukcją - inaczej można sobie zrobić krzywdę - np. w postaci zwiększenia ilości wykwitów. To świetny, naturalny produkt, który stanowi idealne uzupełnienie kuracji antytrądzikowych... i w dodatku potwierdza tylko to, że Fitomed ma świetne produkty. 😊

wtorek, 27 czerwca 2017

Balsam ujędrniający do ciała Synchroline Terproline


Z wiekiem skóra zaczyna tracić gęstość i jędrność. Pojawiają się tzw. "zwisy". I to właśnie z myślą o niej powstają takie linie kosmetyków jak Terproline. Mają pomóc w wypadku utraty elastyczności skóry, która nie musi się wiązać jedynie ze starością. Wahania wagi ciała, ciąża, zabiegi liposukcji i inne cuda... powodują, że skóra traci sprężystość. Odzyskać potem jest ją trudno. Z pomocą przychodzą nam ćwiczenia, które dobrze, żeby były wspomagane dobrymi produktami pielęgnacyjnymi.

Terproline to linia, którą powinny stosować kobiety niezależnie od wieku. Jedynym wyznacznikiem jest tu utrata elastyczności i stan naszej skóry. Kobiety 20 + powinny stosować ten balsam, aby chronić skórę przed utratą jędrności, kobiety 30+, aby korygować sylwetkę, kobiety 40+, aby regenerować i 50+, aby ujędrniać. Właśnie ujędrniająco, świetnie działa w walce ze zwiotczeniem skóry - balsam Terproline To chyba jedyny balsam tego typu podczas, którego wklepywania nie myślę sobie: "Mnie i tak już nic nie pomoże... na te moje zwisy" 😉. 

Balsam powinno się wsmarowywać zgonie z zaleceniami dwa razy dziennie. Po każdej aplikacji czuję się tak jakbym nakładała na swoje ciało obcisłą, elastyczną, lateksową rękawiczkę - wbrew pozorom są to odczucia jak najbardziej pozytywne. Czuję napięcie w skórze, choć balsam ekspresowo się wchłania i nie pozostawia na skórze uczucia maski. Wyraźnie przywraca skórze elastyczność, napięcie i gęstość. To wszystko za sprawą składników aktywnych (heterozydy kwasu azjatykowego i madekasowego, acetyloglukozamina, linolan proliny, glikopeptydy fibronektyny), które pobudzają produkcję kolagenu i kwasu hialuronowego. Dzięki temu skóra odzyskuje sprężystość i jest nawilżona. Nawilżenie utrzymuje się przez cały dzień.  Prolina regeneruje włókna kolagenowe, acetyloglukozamina to prekursor kwasu hialuronowego.... i to wszystko razem sprawia, że jestem prawdziwą fanką Terproline 😊

W tubie otrzymujemy aż 250 ml produktu, który wystarcza na długi czas. Daje tak wspaniałe efekty, że naprawdę trudno się potem z nim rozstać. Widzę ogromną poprawę w stanie mojej skóry - w jej napięciu, elastyczności, sprężystości, poziomie nawilżenia. Terproline to naprawdę silna linia kosmetyków, która działa. Co mnie w ogóle nie zaskakuje ponieważ to dermokosmetyki, a nie kolejne balsamy z pierwszej lepszej drogerii, które mogą wiele zdziałać u dwudziesto - , trzydziestoparolatek..., ale już potem w większości przypadków dają niewiele. Żałuję tylko, że odkryłam ten produkt tak późno 😔 Po takiej terapii łatwiej będzie odkryć ciało na lato :-))





sobota, 24 czerwca 2017

60 drobiazgów z 60 lat życia.


Kiedy patrzę wstecz na te minione lata i chciałabym jak najbardziej wiernie o wszystkim opowiedzieć, to stwierdzam, że się nie da - ani w jednym, ani w setce czy tysiącu zdań. Życie każdego człowieka to taka kupa (i tu bez ujemnych konotacji 😉) kamieni... różnej wielkości, płaskich, okrągłych, kanciastych, trójkątnych; zupełnie malutkich i ogromnych głazów, twardych, miękkich, gładkich i porowatych; bardzo wielobarwnych i całkiem czarnych, białych, iskrzących, jaśnie świecących i matowych; ubrudzonych i perliście czystych. Ten stos z upływem czasu się zmienia, jednych kamieni ubywa, innych przybywa, ale ta góra coraz bardziej się zmienia, a im dalej to jakby się spłaszczała, bo wszystko się zmienia i nic nie jest takie samo gdy tych jaśniejących, cudownych kamyków ubywa, a w zamian wbudowują się w nasze życie granatowe, matowe, albo jeszcze groźnym żarem buchające...

Te różnorodne kamyki to ludzie, zdarzenia, sprawy, sytuacje, emocje, gesty, spojrzenia... to zbiór niepowtarzalny... takich eklektycznych zbiorów jest obecnie na świecie około siedem miliardów.

I ja mam szczęście być ciągle cząstką niewielką tego wielkiego zespołu i za to jestem światu codziennie wdzięczna.

25 czerwca 1957 roku w Chińskim Roku Koguta, o godz. 6.05 rano przyszła na świat Stara Kobieta, dziecko płci żeńskiej choć w zamierzeniach miał być chłopak. Tato tak chciał, ale mama się jak zwykle uparła i na jej wyszło 😉

I tu zaczynają się drobiazgi, które ukształtowały, dobrze lub nie bardzo dobrze (ale z wszystkiego należy się cieszyć i brać, skoro daje świat) górę kamieni Starej Kobiety. 
Ta góra, to tysiące (a może i więcej kamyków), ja wybiorę 60 na te 60 urodziny. 
Choć "wybiorę" to złe słowo... przytoczę co spontanicznie, podczas pisania do głowy przyjdzie.

1. Bieda i bogactwo – jedno i drugie bez sensu – jednego i drugiego doświadczyłam bardzo skrajnie. Bieda nigdy nie zdemotywowała mnie do życia. Bogactwo nauczyło, że nic nie jest dane raz na zawsze, a rzeczy to tylko "rzeczy"
2. Ból – taki kanciasty, wielki kamyk na trwale w pisany w każdy los – dużo czasu mi zajęło, żeby zrozumieć go, nauczyć przezwyciężać i rozumieć ludzi, którzy różnie go znoszą w zależności od pochodzenia tego bólu, od pochodzenia danej osoby, jej rasy, wychowania, kultury i osobowości. To zrozumienie - to lekcja pokory, którą odrobiłam na piątkę i jestem z tego dumna.
3. Sum – wielki i ciężki. Tato go złowił na wędkę na wakacjach pod namiotem. Ta ryba gdy tata trzymał ją w ręce pozując do zdjęcia była wyższa (dłuższa) od niego... tata 1,85. Z suma były śniadania, obiady i kolacje... były kotlety saute i panierowane, mielone w sosie koperkowym, kawałki wędzone i grillowane. Tata chodził jak paw zadowolony z sukcesu, a we mnie rosła złość, bo miałam takiego jedzenia już dość. Wykradałam co większe kawałki różowego, ohydnego mięcha i zapodawałam pieskom przywiązanym do bud w pobliskiej wiosce. Była z tego później niezła granda, ale w pieskach zyskałam przyjaciół.
4. Piłka w czerwone, pomarańczowe, białe i zielone pasy – wyjątkowa – tata uszył ją ze skórzanych pasów. W środek włożył dętkę i przed każdą moją zabawą nadmuchiwał ją ustami. Tyle papierosów palił, ale dech w piersiach miał jak smog. 
5. Winda – ona blondynka w czerwonej spódniczce, granatowej z deseniem w czerwone różyczki bluzeczce z baskinką. We włosach czerwona tiulowa przepaska spinająca niesforne kosmyki. On – dużo od niej starszy facet z niebieskimi oczami i blond, kręconymi włosami; ubrany w szary garnitur i niebieską koszulę, przy kołnierzyku ściśniętą granatowym krawatem w czerwone punkciki (tragedia 😉) - Ależ ma pani piękne zęby, w życiu nie widziałem takich zębów, lubi pani róże – na jednym oddechu wszystko to "on" powiedział.
Pół roku później z bukietem gerber "ona" i  "on": brali ślub.
6. "Lato leśnych ludzi" Marii Rodziewiczówny – książka,  którą tato czytał mi przed snem zamiast bajek i na niej nauczył mnie czytać... tłumaczył, że tak jak jej trzej bohaterowie też chciałby żyć... w leśnej głuszy, w zgodzie z naturą. Tylko, że ja tego wtedy nie rozumiałam.
7. Rawa Ruska – miasto na Ukrainie, w obwodzie lwowskim – w tym mieście urodził się mój tato (Polak), o tym mieście i o Lwowie (do 1945 roku miasto polskie) wiele od taty sentymentalnych słów słyszałam i mam je głęboko zapamiętane.
8. Koty, moje koty: Boleś biały i ciągle bolejący z różowymi ślepkami. Czarna Pinda z wyczulonym węchem na smażoną wątróbkę. Szary Ważniak chodzący ciągle z wyprostowaną główką, nie oglądając się na boki. Morelka niepokorna, długowłosa Persica skacząca po wysokich szafach. Czarusia, mała czarna znajda wiecznie mrucząca i uwielbiająca wspinaczki po firanach. Wielkooka Szarobiała Tarusia, która zlizywała i łzy z twarzy, gdy zdarzyło się, że płakałam. To one nauczyły mnie innej komunikacji niż werbalna – mowy ciała, spojrzenia, szacunku dla indywidualności, wrażliwości. Nikt tak jak kot nie dbał o moje oczy – Tarusia zawsze kładła się na aktualnie czytanej przeze mnie książce.
9. Bóg – był w moim życiu od pierwszych chwil, bo tak chciała mama i babcia. Tata po powrocie z obozu rosyjskiego stwierdził, że Boga nie ma (przestał chodzić do kościoła), ale nie wtrącał się i nie był przeciwny mojemu wychowaniu w wierze katolickiej. A jak jest ze mną teraz? Bóg wie o tym najlepiej.
10. Lustro - patrzę w nie – od kilkudziesięciu lat – lustra się zmieniały, ich kształty, wielkości miejsca, na których wisiały...a ja ciągle w nich jestem niezmiennie (choć wyglądająca inaczej, choć dla siebie tak samo) tak samo świata ciekawa, nieugięta i twarda w woli życia na tym cudnym świecie.
11. Panonia – motocykl produkcji węgierskiej. Pamiętam szerokie opony jego kół. To na nim Tata mnie woził, a raczej w przyczepie do niego przytwierdzonej. Mama siedziała za Tatą na siodełku i jechaliśmy na wakacje w Bory Tuchoskie, oczywiście pod namiot.
12. Rambo – piesek, mały od urodzenia do starości, rasy wielokwiatowej. Starsza córka przyniosła go z sierocińca zwierzęcego. Był malutki, taka włochata kulka, którą pierwszego dnia schowałam za dekoltem bluzki by go ukryć przed mężem, bo nie bardzo chciał mieć w domu pieska. Niestety kulka zbytnio się wierciła i swój pobyt pod bluzką szybko zdradziła.
Rambo był niewielki, ale głośny i bardzo szybko się z całą rodziną związał. Gorzej, że gdy urodziła się najmłodsza córka nie mógł się długo (jakieś 4 miesiące) z tym faktem pogodzić – obraził się i wszystkich ignorował, a mnie najbardziej. Po tym się wszystko zmieniło i nawet spał w łóżeczku z niemowlakiem i sygnalizował głośnym szczekaniem o zmianach w pampersie, a przy płaczu zabawiał śmiesznymi zachowaniami. 
13. "Zły" Leopolda Tyrmana – książka – kryminał, którą w całości przeczytałam pod kołdrą przy latarce (a miałam dziesięć lat), a tato ciągle wyrzekał, że te baterie to coraz gorsze produkują – 2 dni i już są do wyrzucenia. Szczególnie cierpiał z tego powodu, bo pracował we firmie je produkującej. Uff... do dzisiaj do niej wracam, z takim samym zapałem czytam.
14. ''Pamiętajcie o ogrodach" przecież stamtąd przyszliście... piosenka Jonasza Kofty... ciągle mi towarzyszy (odkąd powstała)... jej słowa i melodia stapiają się w jedno prawdziwe piękno, które koi duszę moją.
15. Pewność siebie (zaszczepiona w dziecięcą duszę) – nie nadzieja – sprawiła, że potrafiłam tańczyć bez muzyki, żyć bez pieniędzy, być szczęśliwą w każdym czasie, bo dla złego też miałam wytłumaczenie.
16. Kartki – bony żywnościowe (były złem, ale...) – najbardziej lubiłam te na cukier, papierosy i alkohole – ileż super wymian na nie zrobiłam – po prostu interesy życia.
17. Pierwsze moje szpilki - pomarańczowe marki "Chełmek" - miałam 17 lat i czułam się w nich jak królowa. Wszystkie dziewczyny mi ich zazdrościły. A chłoptasie gwizdały w ten specyficzny sposób. Teraz sama sobie gwiżdżę, gdy ubiorę fajne szpile 😉
18. Grzyby, jagody, poziomki, maliny, jeżyny – wszystko z lasu. Rodzice, babcia zbierali, a ja siedziałam na kocyku z książeczkami (byłam zbyt leniwa, by po jagódce jednej zbierać... rodzice dla jedynaczki wyrozumiali). Jedynym moim zadaniem było nie ruszać się z miejsca (swoją drogą posłuszna byłam😉). Za to w domu już pierogi z jagodami, ze śmietaną i cukrem bez oporów zajadałam ... a kurki w sosie śmietanowym... mmmmm... cudowne wspomnienie. 
19. Jędrzej był bardzo uzdolniony matematycznie, na zajęciach przeprowadzanych według utartych schematów niezmiernie się nudził, więc już w trzeciej klasie podstawówki z lekcji umykał. Pani zabierała mu buty by w szkole siedział. Na drugi dzień miał w torbie zastępcze buty. A wystarczyło dać dwa, trzy zdania więcej do rozwiązania, żeby zadowolić chłopaka i dać mu inne pole (matematyczne) do popisu, a nie do uciekania.
20. Tomasz – nauczył się czytać jeszcze przed pójściem do szkoły. Bardzo narzekał, że w szkole chłopcy chodzą w fajnych jeansach, a on ciągle chodzi w starych. Ale gdy tylko otrzymał pieniądze na spodnie, to szybko wymieniał je na książki, a na pytanie o spodnie odpowiadał: te są jeszcze dobre (aż do momentu gdy owe książki przeczytał).
21. Niezapominajki – takie niebieskie kwiatki, które dostawałam (w okresie ich kwitnienia) do bułek na śniadanie. Przed piekarnią siedziała krucha, starowinka i handlowała tymi kwiatkami, a Zbyszek zawsze od niej dla mnie je kupował. Kiedyś mi zdradził, że kupuje je bardziej dla niej niż dla mnie – wzruszył mnie te wyznaniem, bo dodał, że: dla ciebie takie kwiatki to stanowczo za mało.
22. Postać (On) oparta na łokciu, przy stole. Oczy otwarte, ale nieruchome. 02.02.02. godz. 22.20 – zmiana planu, przeznaczenie.  Kamień błyszczący – już go nie ma. Teraz jest kamień czarny, mętny, o ostrych krawędziach, które będą do końca ranić.
23. "Ania z Zielonego Wzgórza" książka (wszystkie tomy), która ukształtowała moją najmłodszą córkę - piekielnie ambitną, bezkompromisową, odważną, od urodzenia (😉) samodzielną osobę.
24. Purre ziemniaczane – dobrze ugotowane ziemniaki, dokładnie rozgniecione drewnianą kulą, lekko przysmażona cebulka (na maśle), gorące mleko, sól. Do tego jajko sadzone i szpinak zmielony, ugotowany z dodatkiem mleka, z łyżką kaszy manny, sól, pieprz, gałka muszkatołowa i jeszcze żółtko jajka do środka. Na talerzu to wyglądało tak: dwie uformowane kulki ziemniaków, puszysty w kształcie liścia kopczyk szpinaku, a zza wzgórz ziemniaków wyglądało słoneczne jajo. Magdy Gessler nie było na świecie jak moja Mama na talerzu malowała.
25. ''Lecę do Ciebie" kartka z takim napisem i latawcami kolorowymi – Walentynki 1999 rok.
26. Złoty pierścionek (mój pierwszy) – różowawy nieco odcień metalu (z Rosji przywieziony) z krwiście czerwonym rubinem wtulonym, wplecionym w misterny koszyczek ze złotych niteczek. Został mi skradziony. Dowiedziałam się, kto był tym złodziejem. To było gorsze przeżycie i większa dla mnie strata niż brak tego cacuszka. 
27. Krowa na łące przywiązana na łańcuchu do kołka umocowanego w ziemi. Potwornie się bałam, ale chciałam popisać się przed świeżo poślubionym mężem (pochodzącym ze wsi), że jestem odważna i żadna krowa mi nie straszna i... podeszłam, i przytuliłam ją do siebie. Była ciepła i oblepiona muchami. Ona radośnie polizała mnie lepkim, szorstkim językiem... dzielnie to zniosłam. Czego nie robi się z miłości i dla miłości. Tylko, że tego heroizmu nie zauważył mój drogi, bo go zawołano z podwórka, a ja zajęta krową tego nie zauważyłam. Cholerka 😉
28. Informacja –25 czerwca 2009 roku, moje kolejne urodziny – Michael Joseph Jackson nie żyje. Zmarł Król Popu – w sierpniu tego roku skończyłby 59 lat. Ubył kamyk z mojego życia, był barwny.
29. Drzazga – usadowiła się w lewej nodze. Pochodziła z drewnianych schodów wypastowanych czerwoną, śmierdzącą farbą do podłóg. Zahaczając juniorkiem o kant owych schodów spadłam z samego szczytu wyżej wymienionych. Zdarzenie miało miejsce w dziewiątym roku mojego życia, a mieście Koronowie, u znajomego gospodarza (bo mama po drodze - chciała kupić świeżą kurę, a może kaczkę...). Wracaliśmy jak zwykle z wakacji pod namiotem (teraz już bogatsi, bo nie motorem tylko prawdziwym samochodem marki "P70" produkcji NRD w kolorze nadanym przez tatę czyli szaronijakim). Tata zwał samochodzik pieszczotliwie ''Petką"... ale do rzeczy... czyli do drzazgi. Drzazga wbiła się mocno i choć tato ją wyjął, zdezynfekował spirytusem, to wdało się zakażenie i tak od podudzia w górę do serca szła coraz szybciej czerwona pręga. Do Poznania daleko, a tu w "Petce" bak przecieka i cenne kropelki benzyny gubią się po drodze, a stacji nie było jak teraz jak grzybów (teraz to więcej stacji niż grzybów po deszczu 😉) Tato zatrzymywał samochody, te użyczały benzyny wężykiem do kanisterka, a potem z niego do baku. A czas mijał. Pręga szybciej jechała niż "Petka".
Strach w oczach taty, wrzaski złorzecząco-płaczące mamy wyjaśniały wszystko.
Nie płakałam, przysypiałam niezdrowo wskutek podwyższonej mocno temperatury i osłabienia. Tato w końcu zamilkł, już nie pocieszał, że jeszcze tylko 100, już tylko 50 km i będzie Poznań. Mama płakała. To ja ich pocieszałam, gdy się przebudzałam i przepraszałam, że taka niezdara jestem, i ciągle gdzieś włażę, i z czegoś spadam. I jakie to fajne, że mamy przygody i głupia drzazga nie zepsuje nam takich fajnych jak mieliśmy wakacji. Piszę o tej drzazdze, to dowód na to, że na czas dojechaliśmy... lekarz z pogotowia przy ul. komunisty Kasprzaka oczyścił ranę, dał zastrzyk przeciwtężcowy, a tato był ze mnie dumny i wszystkim opowiadał jaka byłam dzielna. Gorzej z mamą – ciągle tacie coś gadała o nieodpowiedzialności  i była długo na niego zła. Tak to mała drzazga stała się kością niezgody. To zdarzenie, to taki dziwny kamień mieniący się różnymi kolorami, momentami czarny, a momentami czerwony od bólu, mokry od łez, ale też zwycięstwem jaśniejący. 
30. Księżna Beata z Ostroga – matka słynnej HalszkiOstrogskiej, nieszczęśliwej dziedziczki ogromnej fortuny. Tę postać wielkiej księżny walczącej z zięciem Łukaszem Górką, więzioną przez osiem lat w biedzie i ścisłym zamknięciu przez wojewodę sieradzkiego Olbrachta Łaskiego zagrałam na deskach sceny na wolnym powietrzu, w Szamotułach, w pierwszej klasie liceum, gdzie do roli przygotowywał mnie  (i moich kolegów starszych również) Włodzimierz Kłopocki i Stanisław Owoc (nieżyjący już aktorzy Teatru Polskiego w Poznaniu). Spektakl był kostiumowy, przecież chodziło o zdarzenia z pierwszej połowy XVI wieku. Tej postaci, tej roli zawdzięczam świadomość, że umiem "nosić kostium" i choć aktorką sceniczną nie będę, to do życia mam dryg i go wykorzystam w pełni. Ten kamień to taki diamencik, nie dało się go oszlifować i w brylant przekształcić, ale stworzył twarde fundamenty (choć taki malutki, jest do dzisiaj radością w pamięci szczególnie pielęgnowaną). To jest też kamień, który jest jednym z tych obrazujących jeden z większych moich sukcesów w życiu. Jeszcze tylko melodia piosenki zespołu Queen i  Freddie Mercury "We are the champions...(gdyby żył, we wrześniu skończyłby 71 lat) – brakuje mi tego kamyka genialnego i niesamowitego.

To 30 drobiazgów, różnych kamyczków z mego życia... następne trzydzieści będzie za tydzień.
Na półmetku konkluzję mam taką... bez względu jak bezsensowny( może nawet nudny) wydaje się ten zlepek, jak bardzo gna ten czas, jak wiele zabiera, jak mało daje... jak lekko głaszcze, mocno rani nas ten stos kamyków... ja osobiście cieszę się, że ja, moja bohaterka Stara Kobieta swoją historię osobiście nadal gra jak na razie bez dublerów... najważniejsze i najcenniejsze co ma czyli życie – satysfakcjonuje ją.

Był zlepek zdań, teraz częściowy zlepek fotografii z wakacji...

























czwartek, 22 czerwca 2017

Olej kokosowy


O oleju kokosowym słyszał już chyba każdy. Większość odbiera go bardzo pozytywnie, jednak są także sceptycy, którzy wychodzą z założenia, że powinno się spożywać jedynie produkty pochodzące z własnej strefy klimatycznej... i oni są zadeklarowanymi przeciwnikami oleju kokosowego. Osobiście wokół oleju kokosowego kręciłam się bardzo długo i teraz... z perspektywy czasu stwierdzam, że zdecydowanie za długo. 😉 W końcu jednak (zdecydowanie za późno) skusiłam się na nierafinowany olej kokosowy extra virgin ze sklepu internetowego Skworcu

W słoiku otrzymujemy aż 900 ml produktu, który nadaje się i do jedzenia... i do wsmarowywania w ciało, włosy, itd... Problemem jest u mnie jedynie fakt, że ten konkretny olej pachnie tak cudownie i smakowicie, a do tego tak bardzo mi smakuje, że najchętniej usiadłabym przy tym słoiku, zjadła jego zawartość jak lody i zamiast lodów za jednym podejściem 😊 Choć nie wiem czy taka jednorazowa dawka wyszłaby mi na dobre(?) 😉

Olej kokosowy jest uzyskiwany poprzez tłoczenie twardej części miąższu świeżego orzechu kokosowego, jednak nie każdy zachowuje swój aromat tak silnie jak ten extra virgin, który jest tłoczony w niskiej temperaturze. 

Olej znajduje szerokie zastosowanie w kuchni:
- jako zamiennik każdego innego tłuszczu (zastąpi każde masło oraz tłuszcz do każdego ciasta) 
- można na nim smażyć warzywa, drób i mięso. 
- delikatny aromat kokosa wzbogaca smak potrwa
- można go używać w bardzo wysokich temperaturach. 
- (po otwarciu około w 4°C) olej może być przechowywany przez długi czas i nie jełczeje.

Olej kokosowy jest jedynym tłuszczem, którego spożywanie nie buduje tkanki tłuszczowej..., a wręcz wpływa na jej zmniejszenie (szczególnie polecany na otyłość brzuszną). Może powodować zmniejszenie łaknienia, kwasy w nim zawarte wpływać pozytywnie na pamięć (także u osób z Alzheimerem).

Dodatkowo olej można oczywiście stosować w kosmetyce:
  • jako krem przeciwsłoneczny
  • środek nawilżający i natłuszczający (np. pod oczy)
  • odżywkę do włosów
  • szczególnie polecany do pielęgnacji piersi w okresie karmienia 
  • w połączeniu z wodą - polecany przy demakijażu
  • podczas depilacji maszynką: jeśli posmaruje się nogi olejem kokosowym i dopiero wtedy użyje maszynki - istnieje duża szansa na uniknięcie czerwonych krostek
  • do zmiękczania skóry stóp
Olej kokosowy u mnie w domu znalazł zastosowanie przede wszystkim w kuchni. Jest tak pyszny i nadaje niepowtarzalnego smaku potrawom, że troszkę szkoda mi go stosować w kosmetyce - tym bardziej, że posiadam dużo dobrych specyfików do włosów i świetnych kremów. Choć przyznam..., że to zastosowanie przy depilacji - kusi mnie! Na razie jednak idę przygotowywać szpinak na oleju kokosowym - pychota! 😋


* Uwaga!!! Do 23 czerwca tego roku 😉Chińskiego Roku Koguta (a' propos w takim to, też zakończonym na 7, ale w innym dziesięcioleciu ubiegłego wieku 😉 Roku Koguta urodziła się Stara Kobieta) nie będzie postów "wyznaniowych". Automatycznie będą się publikować posty kosmetyczno - żywieniowe.

Po 23 latach niewystawiania nogi poza granicę swojego miasta w celach wypoczynkowych, Stara Kobieta wyjeżdża na wakacje. W zeszłym roku, gdzieś o tej porze tak sobie zamarzyła, postanowiła, obwieściła wszem i wobec, że dotrzyma w tym zakresie słowa, żeby nie wiadomo co się działo (a się dzieje;-)) ... teraz następuje realizacja 😊
Szczęście, które jest we mnie jedzie ze mną. Zamykam na klucz wszystko co muszę, co trzeba, co należy, co powinnam... kurze na komodzie, w szafie poprzewracane... rozmyślania, refleksje niepoukładane ... niewygodne ubrania ... krzywe spojrzenie malkontenta sąsiada...i wyjeżdżam 😄Wrócę ze świeżym spojrzeniem, nową energią, dodatkowymi siłami...i jeszcze większym w duszy szczęściu by móc dalej dzielić się nim z Wami 😄 Wdzięcznie całuję!!! 😘😘

wtorek, 20 czerwca 2017

Retinolowa kuracja Lirene


Muszę jedno zaznaczyć. Żeby nie było żadnych wątpliwości. Żeby wszystko było jasne. 60 lat skończę dopiero 25 czerwca, ale... i tak, kiedy skusiłam się na serię Lirene Retinol D - Forte wybrałam wersję 60+. Tak naprawdę nie lubię się stosować do tych wszystkich widełek wiekowych, ponieważ w mojej pielęgnacji w większości występują produkty naturalne, które nie mają napisane wielką czcionką 40+,50+,60+... itd. itp...(jest jakiś krem na 100+?... przyjdzie czas to będę się tym martwić;-)), a i tak mam wrażenie, że działają na moją skórę (oczywiście pozytywnie). Ba! Jestem przekonana, że to nie tylko moje wrażenie, ale także fakt 😉 Kosmetykom Lirene z serii Retinol D - Forte brakuje naprawdę wieeeeeeele, żeby nazwać je produktami naturalnymi. Jeśli szukacie naturalności... w tych kosmetykach jej nie znajdziecie. Seria z Lirene i kosmetyki z niej pochodzące to pierwsze od długiego czasu kremy, które stosuję, a które nie są dermokosmetykami ani produktami naturalnymi. Nie odnoszę przy tym wrażenia, że to źle dla mojej skóry, że to wpływa na jej zapchanie, powstawanie wyprysków - nic z tego. Kosmetyki Lirene sprawdzają się u mnie bardzo fajnie.(odnoszę nieodparte wrażenie, że ostatnio najbardziej przeze mnie używanymi słowami są "działanie i sprawdzanie" ;-) Ale to tak na marginesie;-))

Nowa seria Lirene występująca także w wersji 50 oraz 70+ (stworzona została także maseczka do zadań specjalnych) została opracowana w oparciu o trzy składniki aktywne:
  1. Aktywny retinol - stymuluje prawidłowe procesy odnowy, pobudza syntezę frybiliny oraz kolagenu co ma prowadzić do wygładzenia zmarszczek, poprawienia jędrności i napięcia skóry
  2. Witamina D Pro - aktywuje geny, wzmacnia system ochronny skóry, dba o nawilżenie i gładkość skóry
  3. Bio - elastyna - naśladuje białka skóry właściwej, wspiera tkanki skóry, prowadzi do wypełnienia zmarszczek / kwas hialuronowy - wiąże skórę, zapobiega jej utracie (znajduje się zamiast bio-elastyny w preparacie do zadań specjalnych



Według producenta wyraźnie odmładza rysy twarzy, daje efekt liftingu oraz nawilżonej i wygładzonej skóry. Faktycznie: efekt nawilżenia utrzymuje się przez cały dzień (tu muszę zaznaczyć, że nie mam problemu z nadmiernym przesuszaniem się skóry), krem delikatnie napina skórę. Nie ma jednak w moim odczuciu mowy o spektakularnym efekcie liftingu 😉 Nie mniej: kremik ślicznie pachnie, świetnie się wchłania, nie roluje się pod podkładem i stanowi bardzo udaną bazę pod makijaż, delikatnie wyrównując strukturę twarzy. Ponadto jest bardzo wydajny (zresztą w moim odczuciu  jak wszystkie kremy Lirene). 




Według założeń producenta krem na noc ma za zadanie poprawić jędrność, elastyczność i napięcie skóry, wygładzić zmarszczki, a także zadbać o wypoczęty wygląd, odżywić, zmiękczyć, i nawilżyć skórę. Sprawdza się w tej roli naprawdę dobrze! Mam wrażenie, że jest treściwszy od kremu na dzień, a mimo to świetnie się wchłania, tak samo pięknie pachnie. Skóra jest mięciutka, odżywiona i rewelacyjnie nawilżona. Nie ma mowy o żadnych nawet najmniejszych suchych złuszczeniach na twarzy.  Czyli cel został osiągnięty :-))




Odmładzający PREPARAT do zadań specjalnych GŁĘBOKA ODNOWA SKÓRY na noc

Producent poleca stosować odmładzający preparat do zadań specjalnych (jak to brzmi... 😉) zamiast lub pod krem na noc. Ma bardzo podobne działanie jak poprzedni produkt, z tym, że jest treściwszy i mocniejszy. Przy tym jednak także mniej wydajny - tym bardziej, że w tubce znajduje się zaledwie 30 ml produktu (w kremach po 50 ml). Super nawilża i odżywia dojrzałą skórę!

Wiadomo, że jeśli głębokie zmarszczki już się na naszej twarzy pojawią - kremy nie spowodują, że one znikną, ale kremy mogą zapobiec powstawaniu (tak szybkim) nowych zmarszczek i zmniejszyć trochę te już powstałe. Trzeba coś stosować by wygładzić, wypełnić, czy choćby zadbać o to, żeby skóra wyglądała młodziej... I seria od Lirene właśnie na tej zasadzie działa. Dba o naszą skórę, znacząco poprawia jej nawilżenie, wpływa na jędrność, a przy regularnym stosowaniu powoduje delikatne spłycenie zmarszczek. Nie da się jednak ukryć, że działa gorzej od większości dermokosmetyków, ale jest też znacząco od nich tańsza. Mimo, że cena detaliczna wynosi prawie 30 zł... zawsze można je kupić w jakiejś drogerii taniej. Jak na tę cenę, za tę dostępność produkty Lirene działają super i ich działanie usatysfakcjonuje niejedną mamę i babcię. Ja jestem zadowolona, bo choć efekty uzyskane w wyniku pielęgnacji nimi nie są powalające (no i mogłyby się je nakładać ze szklanych słoiczków 😉... czepiam się;-))... to produkty Lirene są fajnymi kosmetykami, które niewiele kosztują, a bardzo fajnie działają. Dodatkowo muszę Wam się przyznać, że choć kremiki mogłyby być oferowane klientom w szklanych słoiczkach (powtarzam się i czepiam;-), to jednak bardzo doceniam fakt, że krem na dzień ma jasną nakrętkę, a krem na noc ciemną, dzięki czemu nawet bez okularów wiem, który krem wklepać, żeby moja skóra była zadowolona 😉

* Uwaga!!! Do 23 czerwca tego roku 😉Chińskiego Roku Koguta (a' propos w takim to, też zakończonym na 7, ale w innym dziesięcioleciu ubiegłego wieku 😉 Roku Koguta urodziła się Stara Kobieta) nie będzie postów "wyznaniowych". Automatycznie będą się publikować posty kosmetyczno - żywieniowe.

Po 23 latach niewystawiania nogi poza granicę swojego miasta w celach wypoczynkowych, Stara Kobieta wyjeżdża na wakacje. W zeszłym roku, gdzieś o tej porze tak sobie zamarzyła, postanowiła, obwieściła wszem i wobec, że dotrzyma w tym zakresie słowa, żeby nie wiadomo co się działo (a się dzieje;-)) ... teraz następuje realizacja 😊
Szczęście, które jest we mnie jedzie ze mną. Zamykam na klucz wszystko co muszę, co trzeba, co należy, co powinnam... kurze na komodzie, w szafie poprzewracane... rozmyślania, refleksje niepoukładane ... niewygodne ubrania ... krzywe spojrzenie malkontenta sąsiada...i wyjeżdżam 😄Wrócę ze świeżym spojrzeniem, nową energią, dodatkowymi siłami...i jeszcze większym w duszy szczęściu by móc dalej dzielić się nim z Wami 😄 Wdzięcznie całuję!!! 😘😘

niedziela, 18 czerwca 2017

Tanie i najlepsze, czyli pomadki Smart Girls Get More


Pomadki Smart Girls Get More towarzyszą mi od jakiś trzech lat i jak na razie(dla mnie) są najlepsze. Są dostępne w Drogeriach Natura (w promocji po 5,99 zł, poza promocją ich cena to 9,99 zł). Mój ulubiony kolor to oczywiście czerwony (07), choć od czasu do czasu skuszę się także na inne 😊.  To mój numer jeden, jeśli chodzi o pomadki. Mają świetną cenę i nie sieją spustoszenia na moich ustach, ponadto: 
  • nie rozmazują się
  • nie wysuszają ust
  • odżywiają
  • są kremowe
  • mają głęboki kolor 
  • posiadają półmatowe wykończenie, a jednak nadają ustom delikatny połysk
  • bardzo dobrze pokrywają usta kolorem
  • wargi stają się piękne i wygładzone
  • bez picia i jedzenia utrzymują się 3-4 godziny
  • ścierają się równomiernie
  • ich aplikacja jest łatwa
  • występują w ośmiu kolorach

Uff... ale się postarałam, żeby wszystko wymienić;-)

Pomadki Smart Girls Get More Long Lasting Love, choć nie utrzymują się na ustach przez cały dzień... to jednak są to produkty po które sięgam najczęściej. Mimo znajomości pomadek Sensique, Astor, Rimmel, Bourjois itp. marek... nieustannie wracam do Smart Girls Get More. Mają piękne kolorki i co dla mnie najważniejsze: nie wysuszają ust. Wargi po całym dniu "noszenia" pomadek Smart Girls Get More nie obkurczają się, nie stają się suche, spierzchnięte. Dodatkowo... mam wrażenie, że pomadki Smart Girls Get moje usta wręcz pielęgnują 😊 Naprawdę świetne. Plastikowe, proste opakowania nie przyciągają wzroku, ale przecież o zawartość chodzi, a ona zasługuje na uwagę!








07 Big Passion (możecie go zobaczyć na większości moich zdjęć) 

Głęboka, czysta czerwień, która nie wpada w wiśnię. 




Delikatny kolor, który podkreśla naturalne piękno ust. 



Kolorek koralowy (można poćwiczyć mowę;-)) 


* Uwaga!!! Do 23 czerwca tego roku 😉Chińskiego Roku Koguta (a' propos w takim to, też zakończonym na 7, ale w innym dziesięcioleciu ubiegłego wieku 😉 Roku Koguta urodziła się Stara Kobieta) nie będzie postów "wyznaniowych". Automatycznie będą się publikować posty kosmetyczno - żywieniowe.

Po 23 latach niewystawiania nogi poza granicę swojego miasta w celach wypoczynkowych, Stara Kobieta wyjeżdża na wakacje. W zeszłym roku, gdzieś o tej porze tak sobie zamarzyła, postanowiła, obwieściła wszem i wobec, że dotrzyma w tym zakresie słowa, żeby nie wiadomo co się działo (a się dzieje;-)) ... teraz następuje realizacja 😊
Szczęście, które jest we mnie jedzie ze mną. Zamykam na klucz wszystko co muszę, co trzeba, co należy, co powinnam... kurze na komodzie, w szafie poprzewracane... rozmyślania, refleksje niepoukładane ... niewygodne ubrania ... krzywe spojrzenie malkontenta sąsiada...i wyjeżdżam 😄Wrócę ze świeżym spojrzeniem, nową energią, dodatkowymi siłami...i jeszcze większym w duszy szczęściu by móc dalej dzielić się nim z Wami 😄 Wdzięcznie całuję!!! 😘😘