czwartek, 22 grudnia 2016

KOBIETA idealna. (Koniecznie czytać szybko, na jednym oddechu, dechuuu)

Z wykształcenia... mniejsza o to... z zawodu... też nieistotne... reszta to, to ma być to kobieta. Jeśli żona to dobrze, żeby była uległa. A partnerka, najlepiej, żeby była co najmniej ładna, już bez wymagania piękności, byleby nie zabrakło jej zgrabności. Taka odpowiednia kobieta to powinna być na cały etat. W pracy powinna dużo zarabiać, ale tylko do 15-ej, bo musi zdążyć dzieci ze szkoły podjąć i dalej podrzucić na chiński lub zwyczajnie angielski, w niektórych przypadkach na karate, albo co tam wymyślił naczelny mąż. W międzyczasie, gdy brać się będzie dokształcała, to ona upichci smaczny kotlecik lub kurczaka w złocistej panierce (pizzę z restauracji pichci tylko mąż, ewentualnie chińszczyznę w pergaminie... w gratisie wino i może jeszcze po meczu – wieczorny seks, żeby się znużonemu mężczyźnie dobrze spało). Lecz nim do tego dojdzie, że będzie już rano i jeszcze przed śniadaniem, i budzeniem dzieci on ku pamięci, po powtórnie danej porcji seksu rozleniwiony będzie przepatrywał monitor komputera, i odczytywał z telefonu esemesowe treści, to ona.... znaczy kobieta, żona... jeszcze odrobi z dziećmi lekcje, popszyszywa guziki, wyprasuje koszulę, nałoży na twarz maseczkę, wyśle raport mailem szefowi, pokroi sałatkę, oczyści wątróbkę, odbierze 13 telefonów, powiesi ranną z pralki przepierkę, podejmie czynności rozjemcze w przypadku spięcia się brutalnego psa Dominika i kota Pryka. Przy okazji bycia w łazience, bo zbytnio wody się opiła by zgasić pragnienie na jedzenie, ale na to konkretnie brakło już czasu... wyczyści kuwetę, wyniesie śmieci, pogada o pogodzie z sąsiadką jak ona ze śmieciami, a ta z pełną siatką z zakupami. Tylko o pogodzie gadka, by nie nastąpiła wpadka, że mąż podąża ze swej roboty (pardon... strasznie ambitnej pracy), a tu obiad niegotowy. A ona, znaczy kobieta zamiast perfumami od pana Diora, leci zwykłym na smalcu, wczorajszym kotlecie, co przygrzewała go w pośpiechu, bo wpadł na chwilę jej brat, w celu pożyczenia wiertarki, a w pracy taki horror właśnie od rana miał, więc śniadania nie zjadł i tego kotleta wtrącił chętnie. Wow... a jeszcze ona jest młodą żoną, w sensie kobietą, bo żoną jest starą raczej, już 10 lat z okładem będzie i musi wyglądać jak wiosna, choć czuje się zmęczona i nieświeża jak wyleniały miś (misia raczej, bo to kobieta). I ona to wszystko robi, bo to jest KOBIETA, nienaturalnie wytrzymałe i odporne zwierzę. Miau...

wtorek, 20 grudnia 2016

Telewizorku Kochany... list


Na początku było mi smutno. Odkąd pamiętam, byłeś w świadomym życiu mym. "Kobra" oglądana przez dziurkę od klucza, to było coś. Dwie kulki na rękach przywdzianych w rękawiczki mówiące regularnie "Dobranoc", to jeszcze do dziś mi się śni. Potem zmieniany byłeś Telewizorku, na nowszy model, gdy dorosła już byłam i sama na Ciebie zarobiłam. A Ty co? W zamian za to zabierałeś mi czas i "Złotopolscy" mieszali mi w głowie, o sukcesie marzyłam zamiast realizować się, to w "Modzie na sukces" durzyłam. Potem "M jak Miłość" z życia wyparło miłość prawdziwą, bo odcinek minął i już siły nie było na seks. "Fakty" i "Wydarzenia", "Wiadomości" przysłoniły prawdziwe wartości. Wszystko podane "Na ławie przy kawi"e i "Szkło Kontaktowe" zabierały mi czas na własne poznawanie i rozpatrywanie spraw. Aż przyszedł ten moment, który wydawał się zły, że Cię straciłam (nie z własnej winy, ale wolałam być niż Ciebie mieć) i nie było już ani na szafce, ani na ścianie wiszącego Cię ... okienka (tak zwanego) na świat.
Przedtem gdy mieszkałeś ze mną, zaraz jak się budziłam, czy do domu wracałam, to tylko przyciskałam guziczek zielony w pilocie i wszystko mi mówiłeś. Słuchałam czy chciałam, czy nie chciałam i w poniedziałek, i w środę jakąś zimową, i czerwcową też. Ulegałam ci. Ile o mało co nie spaliłam garnków przysiadając z brzegu na kanapie, bo Ty swoim głosem zwabiałeś mnie... lepiej nie przypominać tych chwil. Rozpraszałeś mnie choć daleko Ci do seksownego, inteligentnego faceta. A jednak udawało Ci się pozbawić mnie aktywności. Zmuszałeś mnie do bierności i do zdobywania swoich własnych doświadczeń. Jeszcze do tego winny jesteś morderstwa mojej kreatywności i tego, że narzucałeś mi swoje poglądy, i wybory. A ja? Ja cóż? Przykrywałam swoje sprawy, problemy wirtualną rzeczywistością.
A teraz? Teraz Ciebie już nie ma. I ja wreszcie sobą jestem bez Twojego natarczywego, srebrzystoniebieskiego światła.
Mam laptopika koloru wiśni... otwieram go tylko wtedy, gdy chcę coś konkretnego zobaczyć, lub usłyszeć, bo ciekawi mnie świat. Twoje miejsce zastąpiły książki, które wciąż w mym życiu były, ale Ty wypierałeś je (łatwiejszy w obsłudze, tylko klik i pani goła lub polityk łysy wyznaczał mój czas). Teraz jest inaczej. Przypomina mi się przysłowie "Nie ma tego złego, co na dobre się nie obraca" czy jakoś tak. Twoja strata zmieniła życie moje na TAK bez telewizora. Wiem, że powiesz, że nie musiałam Cię ciągle włączać. Nie miałam pistoletu przystawionego do głowy by czynić tak, wybierać tylko dobre, interesujące mnie programy. To prawda, ale żeby dokonywać wyboru, trzeba wybór ten mieć. Ty mi go nie zapewniłeś. Dla mnie jesteś stracony (i nawet za darmo, nie wezmę Cię... zresztą nie mam dla Ciebie miejsca).
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję (mimo wszystko) za razem spędzony czas.

Stara Kobieta... i nowa ja.

niedziela, 18 grudnia 2016

Nie boję się starości... refleksja porządkowa.


Czego się tu bać, jak stara jesteś i wszystko zmierza ku temu, że gorzej tylko będzie i nie złość się, bo to prawda jest – odpowiedziałam sama sobie. Nie wiem skąd wzięła mi się ta myśl, ale chyba z tego, że robiąc porządki świąteczne w szafie jednej, drugiej i trzeciej, w pewnej książce przeczytałam, że badania i analizy jednego z ważniejszych instytutów na świecie wykazują, że wiek, nie ma związku ze stopniem zadowolenia z życia. I stwierdziłam, że to prawdziwa teza jest. Bo np. ja...
Jestem starsza (tego określenia zdecydowanie nie lubię, wolę stara kobieta, bo starsza tyle znaczy dla mnie co nijaka, a ja nijaka stanowczo nie jestem...przynajmniej nie chcę być taka - nijaka) i muszę tryb swojego życia dostosować do swojego wieku... ale czy ja wiem, że naprawdę tak jest do końca? Przyjmijmy, że tak... ale jestem mimo to bardzo zadowolona z gościny i szansy jaką ktoś mi dał, że jestem na tej ziemi, a niektórzy nie dostąpili, ani nie dostąpią tego zaszczytu. Bo być na ziemi, powołanym do życia człowiekiem, to szczęście i zaszczyt jest. Jestem z wieloma osobami zaprzyjaźniona, a kiedy ktoś mnie zagadnie, albo ja sama z gadką wyrwę się, to tylko sama radość z dzielenia się obserwacjami, spostrzeżeniami i historiami... jest. Mimo, że zmartwień nie ubywa, a nowe wciąż są, to czas inaczej upływa, bo coraz mniej muszę (choć wbrew pozorom coraz więcej chcę) i nie przejmuję się, że muszę, i choć nie wypada, to ja mam to gdzieś, bo wszystko jeszcze mogę, a nic nie muszę. No kto? No kto, odważy zmusić się mnie, gdy ja już nie boję się, już tak, gdy miałam 20 lat. Wszystko było przede mną i uczyć musiałam się nieznanego, i nieodgadnionego. Teraz jest inaczej... wiem (choć ciągle mało, o wiele za mało).
Mam stały rozkład obowiązków, codziennie wstaję o tej samej porze bez względu na zmieniony czas i rozkoszuję się życiem, dopóki ono trwa i mam do od rana do rana zapełniony czas. Nigdy się nie nudzę, nawet jak jestem sama i koło mnie nie ma nikogo. Umiem rozmawiać ze sobą i wytknąć też sobie... bez ogródek...a mam co.... .

Nie użalam nad swoim wiekiem, tylko poduszka moja wie, że czasem mi wstyd iż zdarzało się, że byłam nierozsądna (aby opisać te przypadki... och, nie mam aż tyle wolnego czasu) i niepotrzebnie na coś roztrwoniłam go (znaczy czas, najdroższy podarunek od Boga). Staram się zawsze mieć dobry nastrój, bo to jedyne czym szczerze i bez kosztów mogę obdarować każdego, nawet przed chwilą spotkanego nieznajomego. Kiedy ludzie, w różnych okolicznościach pytają mi się o wiek, to odpowiedź jest dość trudna. Bo inaczej czuję, inaczej wyglądam, inaczej jest rzeczywiście, inaczej chciałabym, żeby było (znaczy - bardziej wspak), ale czy tak czy owak... cieszę się, że żyję i możliwości ciągle życia mam. Uśmiechu... to wiem na procent 100 nie zabraknie mi aż do ostatnich chwil, bo ja nie lubię smutku. Zresztą, gdzie jest powiedziane i nakazane, że w ostatniej chwili należy naburmuszoną być. Po tym wywodzie przychodzi myśl, że śmierć jako ewentualność starości... znacznie gorsza jest, więc należy rzeczywistość przyjmować jaką jest i... śmiać się. 

sobota, 17 grudnia 2016

Liferia... najbardziej trafiony podarunek.


Różowe pudełko, co miesiąc z innymi, niespodziewanymi produktami, których nie kupisz gdzie indziej, w jednym miejscu.
Za 69 złotych jeśli zamówisz jednorazowo lub 59 złotych gdy odwagi Ci stanie, zaryzykujesz i zamówienie będzie na trzy miesiące z góry. Ale ja Wam szczerze mówię, że to żadne ryzyko. To jest po prostu opłacalne.
Zamawiasz "Liferię" przynosi ją kurier i już odbierając przesyłkę z rąk pana lub pani, wiesz, że obojętnie jaki dzisiaj był dla Ciebie dzień, to "Liferia" Ci wszystko wynagrodzi. Kobieta podobać się chce i "Liferia" w niedrogi sposób pomaga jej dotknąć kosmetyków, po które nigdy by nie sięgnęła, bo za drogo by było, za dużo biegania, nie znała by zresztą ich.
Powiedzmy sobie otwarcie 57 złotych, to jeden, no może dwa dobre kremy. Zależy kto ile w portfelu ma, żeby zainwestować w swój wygląd, a co za tym idzie dobre samopoczucie. Dla jednej osoby to aż 57 złotych, dla innej tylko, bez mała nic. Dla mnie to niemało jest, a jednak gdy zaoszczędzę na niezdrowych ciachach, winko jedno w miesiącu, a nie trzy, nie zjem tłustego kurczaka, przy świecach romantycznie posiedzę , zamiast lampy włączać dwie, a jeszcze zaoszczędzę na biletach (popędzę do pracy pieszo, w końcu to przecznice trzy... i przy okazji z brzucha tłuszczyk stopi się) i kupię "Liferię", która zadowolenie daje mi.
Byłam niezwykle podekscytowana, gdy rozpakowywałam ją... liczyłam, że będzie jak zwykle coś ciekawego... ale , żeby tyle aż... serce zabiło mocniej.
Po rozwiązaniu jak zwykle różowej wstążeczki najpierw wyjęłam najmniejsze pudełko. To żel ze świetlikiem lekarskim i herbatą do powiek i pod oczy – akurat znany przeze mnie produkt i od lat stosowany, kupowany zazwyczaj w aptece. Stosowany od lat, bo często mam podrażnione, czerwone oczy, a on skutecznie przeciwdziała stanom zapalnym oczom. U mnie sprawdza się. To produkt polski firmy Floslek. Dalej sięgnęłam po prostą, białą butelkę z dyfuzorem z napisem Unani, prosto z Hiszpanii maseczka do twarzy odżywiająco, nawilżająco, oczyszczająca – 100ml za? ... 52 złote. I dalej sięgam, teraz Mleczko HydraPlus Naobay... hurra... też z Hiszpanii. To mleczko to kwintesencja najlepszych rzeczy – migdały, aloes, jabłka i olej palmowy. Po niej skóra na pewno będzie miękka i czysta. Ach jak cieszę się, mam 200ml tego cudu nie płacąc 59 złotych, gdybym próbowała dostać ten produkt bez "Liferii".
O, a to co? Elegancka, czarna, świecąca pudernica. Też z Hiszpanii. Po otwarciu zobaczyłam dwa różne odcienie pudru w kompakcie i gąbeczkę do nakładania.
Dawno nic tak luksusowego w rękach nie miałam. Ulotka zapowiadała, że puder zawiera filtr 15 SPf, ukryje wszelkie niedoskonałości, a zawarty w nim wosk jaśminowy i lawenda pomoże skórze zachować promienny wygląd. (Już następnego dnia go użyłam i wyglądałam tak (niestety tylko od czoła do szyi jakbym miała 30 lat) i ta gąbeczka co równomiernie czyni skórę aksamitną zachwyciła mnie. Przez nią tylko bym się na okrągło malowała i malowała. To w tej paczuszce jest dla mnie HIT. Wierzcie mi, że 73 złotych wydać na ten HIT ciężko byłoby mi i znając już go cierpiałabym, że nie stać mnie na taki super kosmetyk... ale go mam, bo zaufałam "Liferii"
O, a co tam jeszcze? Pudełko ma drugie dno?
Na dnie pudełka skromnie leżało czarne opakowanie, tylko biały napis Sexy wyróżniał się. O to coś dla mnie. Sex zawsze dobrze mi się kojarzy. No co? ;) Ja mimo wieku wiem, co to jest seks i znam słowo sexy... ;)
Miękka czarna saszetka z zawartością kawowego scruba do ciała, prosto z Ukrainy, 100g w normalnej, pojedynczej cenie za złotych 14. Ten scrub skomponowany z 7 różnych olejków o intensywnym zapachu kawy ma sprawić, że skóra Starej Kobiety już po paru zastosowaniach będzie aksamitna, młodzieńcza i ktoś bez okularów, kierując się tylko dotykiem stwierdzi...aż jakież to cudowne, delikatne ciało. I ja to następnego wieczora sprawdziłam...po zastosowaniu... dłonią się gładziłam (w lustro nie patrzyłam) i miękkością swej skóry autentycznie zachwyciłam. Następnego dnia, niby przypadkiem jednemu znajomemu pozwoliłam dotknąć swoje przedramię.
  • Ależ ty gładką skórę masz, przecież niemłoda jesteś – rzekł nie przerywając głaskania.
  • Miły to ty nie jesteś, ale jak chcesz mieć przyjemność...( tu na niego spojrzałam z uśmiechem wielce obiecującym)... to zamów swej kochanej żonie pudełko "Liferii", powiem ci jak to zrobić, wtedy przyjemność będziesz miał blisko, wprost na wyciągnięcie dłoni.
  • Ty masz pomysły... - zerknął na mnie zdumiony i zapytał jeszcze... to jak, to jak to zrobić? I Celina też może być tak olśniewająca jak ty?
  • Tak, jeśli z "Liferią" poznasz ją, a koszt tego będzie tego niewielki – uprzedziłam pytanie zainteresowanego.
Ja, Stara Kobieta ... "Liferio" dziękuję Ci. Pomagasz kobietom i sprawiasz, że w niewielkim koszcie stać je na piękny wygląd i uznanie mężczyzn ich i nie ich:-)
To piękny prezent i niespodziewany. To pudełko było jeszcze znakomitsze niż poprzednie, bo ten ekskluzywny puder pasujący mi i ta maseczka cudowna, i scrub kawowy, gdy kawy pić nie powinnam już, a tu taka inna kawowa odmiana.
Jestem dojrzałą kobietą i wiem czego chcę. Chcę jeszcze bardziej niż za pierwszym razem, jeszcze chcę "Liferii"
I może brzmi to jak reklama, ale ja bardzo szczerze zadowolona jestem z niej, więc dlaczego nie miałabym podzielić się z Wami radością swą.

Jeszcze więcej informacji o tym cudownym pudełku znajdziecie na stronie Liferii.




piątek, 16 grudnia 2016

DZIUBULEK (będzie tragikomicznie)


U Marty jest właśnie Natalia. Natalia jest manicurzystką. Jeździ do swoich klientek małym, zielonym jak wiosenna żaba samochodem. Zamiast one pędzić do niej, ona jeździ do nich, i piłuje, maluje im paznokcie u rąk i nóg. Wedle zapotrzebowania. Nie bierze za to więcej pieniędzy niż gdyby chodziły do salonu, a dodatkowo, w tym co robi, wspaniała jest. Marta bardzo zaprzyjaźniła się z młodą osobą. Przy okazji upiększania jej dłoni, Natalia również o sobie opowiadała. Znały się już bardzo długo, jeszcze jak Marta w poprzednim miejscu, parę ulic dalej zamieszkiwała. Zawsze przy okazji spotkania była kawa i ciasto koniecznie, albo nawet mały obiadek, bo Marcie żal było Natalii, że tak za tym groszem biega (w sensie jeździ) od rana do wieczora, że nawet specjalnie nie ma czasu, żeby coś zjeść a jeszcze ta uczyła się zaocznie. Wszystko, mniej więcej raz na miesiąc gdy się spotykały, sobie opowiadały. Mimo znacznej różnicy wieku bardzo się lubiły i ceniły wzajemnie swoje zdanie.
Jest wyjątkowo ciepły wrzesień 2008 roku, właściwie końcówka... miesiąca. Marta jest szczęśliwą mężatką. Dopiero minęły 4 dni od tego wyjątkowego dnia, który zmienił jej dotychczasowe życie. Już nie była sama. Miała w swoim domu parę męskich spodni i myślała, że złapała Pana Boga za nogi w związku z poślubieniem Romana.
Na tym cywilnym obrządku kiedy z nienaganną dykcją Marta Romanowi przysięgała (on cicho to powtarzał, lekko zarumieniony), była też życzliwa Marcie Natalia ze swym życiowym partnerem.
I właśnie sobie wesoło plotkowały, popijając z mleczkiem kawkę, gdy zaterkotał telefon.
Marta tym odgłosem była zdziwiona, inaczej brzmiał sygnał jej telefonu.
Dźwięk był uporczywy, na chwilę został przerwany więc Marta go zignorowała i wróciła do luźnej z Natalią rozmowy. Właśnie odcień czerwonego lakieru do paznokci wybierały, gdy dzwonek natarczywie zaczął długo dzwonić i powtarzał się co kilka chwil. Tego nie można było zlekceważyć.
Idąc za dźwiękiem, Marta dotarła do kurtki męża wiszącej w korytarzowej szafie.
O... telefon... Roman – zapomniał idąc do pracy wziąć go ze sobą. Kurtki też nie wziął? - zastanowiła się Marta.
Wróciła do pokoju, gdzie siedziała nad lakierami Natalia i nacisnęła zieloną słuchawkę "odbierz"w telefonie Romana.
  • Dziubulek? Dlaczego tak długo nie odbierasz? - w słuchawce słychać było miękki i ciepły, kobiecy, lekko poirytowany, ale szczęśliwy (mniemała Marta, że wskutek odebrania telefonu) głos.
Marta oniemiała, ale był to tylko moment, w sekundzie odzyskała głos i serdecznie z powagą odpowiedziała pytając równocześnie:
Dziubulek? To chyba pomyłka... tu numer 6..- ...- ..6 , to telefon mojego męża. Zostawił go przez roztargnienie, aktualnie nie ma go w domu.
  • Jak to mój Dziubulek ma żonę, chyba sobie pani kpi – bez zbędnych wstępów – w słuchawce głos i drążył dalej nieprzerwanie - on w zeszły czwartek u mnie był (od autora: gwoli przypomnienia, w sobotę był ślub) i wprawdzie trochę się poprztykaliśmy, bo właśnie wróciłam z Niemiec, byłam bardzo zmęczona i nie miałam ochoty na seks, a on bardzo był mnie spragniony i .... i ... przyśpieszonym tempem relacjonowała sprawę podekscytowana kobieta.
  • ????????????????????? - Natalia, kochanie, podaj mi wodę , najlepiej... najlepiej nalej mi wódki, tam w barku jest - odsuwając od ucha słuchawkę, Marta krzyknęła do nierozumiejącej nic Natalii, choć ta siedziała na wprost niej i wystarczyłby szept.
  • Nie w kieliszek taki mały, daj ten do wina, ten większy daj - Marta wróciła do rozmówczyni po przechyleniu połowy zawartości kieliszka z wysokoprocentowym trunkiem.
    Nawet nie poczuła jego ostrości i cierpkości.
  • Był u pani w czwartek i co mówił, nie mówił, że za dwa dni będzie miał ślub? - spytała spokojnie już Marta
  • Kto? Dziubulek?
  • A o kim w tej chwili mówimy, chyba właśnie o nim, o Dziu...znaczy Romanie. Co pani taka zaskoczona? Do niego właśnie pani w tej chwili w dzwoni?
  • To dlaczego pani odbiera telefon i jeszcze kłamie, że mój Dziubulek ma żonę? - trwała przy swoim rozmówczyni Marty.
  • Spokojnie... ustalmy – konsyliacyjnie odrzekła Marta – czy pani Dziubulek ma na imię Roman i nazywa się S........ ?
  • Tak, to wychodzi, że on, ale w czwartek u mnie był i bardzo mnie chciał. Ale mówiłam już, że po podróży zmęczona byłam i może źle zrobiłam, bo obraził się i teraz jest z panią - smutno skonstatowała rozmówczyni.
  • Pani czegoś nie rozumie, on w sobotę, co 2 dni po tym czwartku była, w USC wziął ze mną ślub. Nie idzie się obrazić na ukochaną, z którą się jest jak pani twierdzi długi czas, a kilkanaście godzin później w odwecie z inną brać ślub - nieco uniesionym głosem tłumaczyła Marta.
  • Mam na imię Zofia – odezwała się pojednawczo kobieta ze słuchawki.
  • Jestem Marta, od 4 dni Marta S...... . Przepraszam bardzo, ale rozumie pani, że jestem tak pewnie jak i pani mocno zaskoczona, do tego mam u siebie gościa. Sama pani rozumie, że nie bardzo teraz mogę, a nawet nie wiem czy chcę z panią rozmawiać.
  • Jeszcze drań mi wisi 4 kawałki i .... - kontynuowała Zofia, lecz Marta przerwała wywód jej i szybko zaproponowała: spotkajmy się, mam dzisiaj wolny dzień.
  • Dobrze, 13-sta może być, czy kawiarnia TU i TU przy ulicy Tej i Tej?
  • Wspaniale, to do 13-ej w TU i TU. Do zobaczenia.
Marta odłożyła telefon, Natalia już się domyśliła. W ciszy kończyła malować jej paznokcie przy ręce wolnej od trzymania telefonu.
  • Przepraszam cię Natalio, czy możemy zmienić kolor, na czerwony, ale bardziej ostry?
  • Nie ma problemu, mam taki krwisty zajebi...., będzie pasował do sytuacji jak ulał.
W drzwiach wejściowych usłyszały zgrzyt klucza w zamku. Obie spojrzały na siebie równocześnie.
Marta wyszła do przedpokoju.
Do mieszkania wchodził Roman.
  • Wiesz kochanie, tak się kochanie rano nie mogłem z tobą rozstać, że z tego wszystkiego wyleciałem jak stałem. Zostawiłem kurtkę, a w niej telefon.....- ćwierkał od wejścia radośnie Roman (Dziubulek)
  • A cześć Dziubulku kochany, faktycznie zostawiłeś telefon. Wiesz dzisiaj o 13-ej mam intrygujące spotkanie, więc obiadu nie będzie, za to zrobimy sobie kolację wspaniałą – rzekła z promiennym uśmiechem niespeszona nagłym wejściem męża (męża?) Marta. Nieco komiczna była ta sytuacja.
  • Dziuubuuulek – skąd wzięło ci się to słowo, nigdy tak... nie skończył zdania Roman, gdy Marta kurtkę z telefonem mu podała i lekko za drzwi wypchnęła, tłumacząc, że jest Natalia, ona się już bardzo śpieszy, a ty też nie trać niepotrzebnie czasu k o c h a n ie - Marta przeciągle zaznaczyła ostatnie słowo.
  • I co pani teraz zrobi? - spytała cicho Natalia.
  • Ubiorę najlepszą sukienkę, włożę najwyższe szpilki, upnę wysoko włosy i pójdę poznać znajomą Dziubulka.
  • A potem?
  • ??? - potem niewątpliwie spotkam się z Dziubulkiem i na razie tyle.
Spotkanie w kawiarni TU i TU.

Marta przyodziana w czerwoną zwiewną sukienkę i lekki, granatowy płaszczyk stanęła w wystrzałowych szpilach, tuż za drzwiami wejściowymi kameralnej kawiarenki TU i TU. Szukała wzrokiem nieznanej jej, nigdy wcześniej niepoznanej kobiety, której głos tylko od rana dźwięczał jej w uszach. Przy stolikach nie siedziała nigdzie samotna kobieta. Siedziały pary, dwaj panowie ostro dyskutujący, młody człowiek z lapto[em, łapczywie spijający z dużego kubka (chyba) kawę, mama z malutkim synkiem, który smakowicie oblizywał łyżeczkę, na całej długości oklejonej kremem z ciacha, podczas gdy mama pochłonięta była rozmową przez telefon, gdzie pokrzykiwała, że (czegoś tam) ma dość.
Obserwując tych nielicznych gości Marta zastanawiała się, w którym przysiąść miejscu i oczekiwać na Zofię (znajomą męża, dla niej zaledwie krótkotelefoniczną rzec by można)
  • Pani Marta? - z tyłu, na wysokości swojego ramienia usłyszała swoje imię.
  • Tak – odwróciła się i zobaczyła niewysoką, elegancko ubraną blondynkę z obfitym biustem.
To musiała być owa tajemnicza Zofia, autorka zmiany imienia Romana na Dziubulek.
  • Bardzo mi miło – wyciągnęła rękę na przywitanie.
  • Nie mam nic przeciwko pani, nie znam pani, ale myślę, że traktowanie tej sytuacji jako miłej jest mocno przesadzone i za daleko posunięte. Siądźmy, może tu koło donicy z kwiatami i porozmawiajmy. Dzień dobry pani. - Marta pociągnęła Zofię do stolika tuż koło okna, gdzie stała owa olbrzymia z pięknie utrzymanymi kwiatami donica, skutecznie odgradzająca ten stolik od reszty sali.
Na początku były nieco sztywne. Podejście kelnerki przyjmującej zamówienie dały im obu czas na dyskretne przyjrzenie się sobie.
Zaczęła Marta.
  • To co mi pani powie?
  • A pani mi? - zareagowała gwałtownie Zofia
Marta niezrażona tym wybuchem wyjęła z torebki świeżutki akt małżeństwa i zdjęcia z uroczystości. Podała w milczeniu Zofii.
  • Co za świnia, co za gnój, wykorzystał mnie skur.., ...., ...... z ust na oko 45-50 -letniej, ale zadbanej kobiety zaczęły wypływać nieprzerwanym potokiem epitety niezbyt eleganckie, wręcz wulgarne.
  • Spokojnie, to ja powinnam się raczej denerwować... opowie mi pani o tym związku, jak długo, od kiedy, jak było i o tym czwartku? - Marta uciszała Zofię, bo goście przy innych stolikach zaczęli spoglądać ciekawie w stronę kwiatu, za którym one się usadowiły.
  • To było tak... - (to historia na inne, długie opowiadanie)
    Marta słuchała go i w głowie zaczęła fakty jak puzzle dobierać i układać.
Słuchała historii zamożnej kobiety - wdowy, która miała dwóch dorosłych synów, poza miastem duży dom i kawał ziemi. Pracowała w Niemczech, właśnie wróciła, po operacji powiększenia biustu, bo Dziubulek (pardon, Romulek) narzekał na jego rozmiar i stan. Wszystko dla niego. Byli razem, choć ona sama już nie wie i tu potoczyła się druga opowieść długa, ale i teraz nie na nią czas.
Trzy godziny jak nic upłynęły, jak Marta słuchała i raz więcej, a raz wcale nic nie rozumiała.
Zofia chciała podwieźć ją pod dom, ale tego Marta chciała uniknąć wymawiając się kłamliwie, że do domu jeszcze nie wraca, i załatwić musi jeszcze coś bardzo istotnego. Uregulowały wspólnie rachunek.
  • I co, co teraz zrobisz ? - Zofia bez obiekcji zapytała ją wprost i jeszcze dodała – a co, a co z moimi pieniędzmi, co winien jest mi twój mąż.
  • Nie wiem, nie wiem jeszcze... co do pieniędzy, to twoje rozliczenia z nim są. Nic mi do nich. Pozdrawiam cię Zofio i życzę wiele dobrego. Dziękuję ci za poświęcony mi czas – odpowiedziała wolno i spokojnie Marta uśmiechając się smutno.
Przez okno kawiarni Marta obserwowała jak Zofia wsiada do wielkiego czarnego, lśniącego Forda i bez pośpiechu odjeżdża.
Spoglądając na telefon – zauważyła 7 nieodebranych połączeń, w tym 5 od Romana.
Nieśpieszno jej było do domu. Skłoniła głowę w kierunku kelnerki.
  • Poproszę jeszcze jedną kawę i ciasto z dużą ilością kremu, i jeszcze najlepiej z galaretką, z owocami.
  • Może mały koniaczek, albo kieliszek wina – zaproponowała jeszcze sympatyczna kelnerka
  • Niech będzie, niech będzie według pani uważania – konfidencjonalnym, wyraźnym szeptem przystała na propozycję Marta.
Dwie godziny później czekała na Romana w domu.
Gdy tylko stanął w drzwiach, nie czekając aż zdejmie buty, umyje ręce, czy zrobi cokolwiek, co czyni się wchodząc po całym dniu do domu, Marta zaatakowała go potokiem słów.
Mówiła wyważenie i spokojnie, nie krzyczała, nawet nie podnosiła głosu. Krzyczało jej serce, ale nie dała tego po sobie poznać.
  • Wszystko wiem, wiem dokładnie wszystko o tobie wiem Dziubulku – ironizowała, akcentując Dziubulku.
  • Spotkałam się z Zofią , z innymi zresztą też (tu konfabulowała i blefowała) i lepiej powiedz mi teraz dokładnie wszystko niż gdybym ja ci to sama objaśniać miała – bardzo przekonująco i bez nieżyczliwości zwróciła się do Romana. Ten na początku był wyraźnie zmieszany, nawet nie pytał skąd i co wie Marta... po chwili cichym głosem zaczął swe wyznanie, a raczej wykrztuszanie:
  • Tak, byłem w więzieniu, odbywałem karę, że niby pierwszą żonę pobiłem, ale to spisek sędziów i obrony był, i jestem pozbawiony praw rodzicielskich, i....i
  • Co? --------???....i ....?
    I...i dużo było tego "i". Tego wszystkiego Marta nie wiedziała, Zofia nie mówiła jej o tym... Też nie wiedziała?
  • Zastanawiała się, czy to jej się śni i zaraz się obudzi? Czuła jak tężeje cała, jej zdumienie całą ją paraliżowało.
    Nie słyszała już, co do niej mówił. Gdy ochłonęła nieco, doszły do niej następne słowa .... kocham cię, nie chciałem cię stracić i dlatego nie opowiadałem, ale to było zupełnie inaczej, oni wrobili mnie, teraz mam ciebie, nowa rodzina, biały będzie domek i wszystko dla ciebie, dla ciebie, dla ciebie, dla ciebie... dla ciebie. Nie chcę do tego wracać, to było już... dla ciebie, dla ciebie, dla ciebie....Słyszała jakby echo powtarzające się ...dla ciebie między tymi żadnych innych słów.
    I co? Nie ma obiadu, a gdzie kolacja. Wspaniała miała być? - upomniał się o posiłek Roman jak gdyby nigdy nic, jakby w ogóle nic się nie stało.
  • W czwartek jeszcze spotkałeś się z Zofią i chciałeś kochać się z nią, choć wiedziałeś, że w sobotę nasz ślub, a w środę my z sobą blisko byliśmy... Jak mogłeś? - ignorując zapytanie Romana, Marta kontynuowała przesłuchanie
  • Ona wszystko ze złości, że nie będę już z nią, wszystko to wymyśliła. Nie będę o tym mówić i już. Wierzysz obcej babie co nie znasz w ogóle jej, zamiast mężowi? - wściekał się Roman
  • Mężowi, który zataił, że w kryminale był, że podniósł rękę na kobietę, a co z synkiem? Jakie skrywasz jeszcze tajemnice?
  • Podobno wszystkie znasz, więc zostaw mnie w spokoju. Jestem zmęczony. Miałem zły dzień.
  • Nie tylko ty – rzuciła w przestrzeń Marta.
Dźwięk telefonu Marty przerwał tę nerwową rozmowę.
To dzwoniła Zofia.
  • Dlaczego nie odbierasz? - Roman chwycił leżący na stole telefon chcąc jej podać, ale spojrzawszy na numer, bez namysłu rzucił nim w ścianę.
    To wybiło Martę z tępego zamyślenia.
  • Że rozbiłeś mój telefon to nic, naprawi się, albo kupi nowy. Rozbiłeś moje zaufanie i jak chcesz naprawić to?
  • To co teraz będzie? - nie patrząc na nią zapytał stojący naprzeciw niej mężczyzna (bo kim on w istocie był, parę dni wcześniej Dziubulek Zofii... dziś Marty mąż?)
  • W lodówce jest szynka i ser. Zrób sobie kanapki, ja dziś dosyć się najadłam.


czwartek, 15 grudnia 2016

Mieć klasę... to znaczy co?


Nie wystarczy być eleganckim, zadbanym, bardzo dobrze wyglądającym, a w portfelu na drobne tylko wydatki, mieć codziennie po parę stów.
To za mało nosić na ręce najdroższy zegarek, mieć znajomych z wyższej, profesorskiej lub celebryckiej półki. Jeżdżenie wypas, najdroższym i najbardziej lśniącym samochodem i do tego chatę z podgrzewanym basenem, to o wiele za mało by powiedzieć o kimś, że ma klasę.
Kłaniać się tylko ważnym osobistościom, jadać w najlepszych restauracjach, to ciągle za mało jest.
Mieć klasę, to być przyzwoitym, odważnym w myślach i słowach człowiekiem.
Reagować na krzywdę drugiego człowieka, a nie być biernym i miernym obserwatorem. Mieć odwagę przyznać się do błędu lub niewiedzy. Dociekać prawdy, i wymagać sprawiedliwości. Być konsekwentnym w działaniu na rzecz  rozprzestrzeniania wartościowych idei.
Nie zasłaniać swego lenistwa wymyślonymi problemami i nie uciekać przed odpowiedzialnością za popełnione czyny, i słowa.
Nieść wysoko uniesioną głowę, ale nie zadzierać nosa i nie pozwolić na pomiatanie sobą. Mieć w sobie życzliwość do otaczającego świata i odwagę patrzeć otwarcie szeroko otwartymi oczami, w oczy chcącego cię skrzywdzić człowieka.
Nie ulegać zastraszaniu i nie bać się riposty, pielęgnować w sobie spokój. Postępować rozważnie, co wcale nie oznacza, żeby nie mieć fantazji. 
Trzymać się swoich zasad i kulturalnie dyskutować. 
Doceniać innych i szanować bez względu na wiek, wykształcenie, płeć czy odmienność rasową, mentalną czy każdą inną.
Panika, wulgaryzmy, złośliwe epitety, przekleństwa... te nie przystoją z klasą człowiekowi.
Dać się przeprosić, przebaczyć, zapomnieć i nie obrażać się. Obrażają się tylko ludzie głupi. Innym nie sprawiać przykrości z powodu ich winy często nieumyślnie zawinionej. Nie wydawać wyroków nie znając prawdy całkowitej, a oceniać tylko wtedy gdy samemu się jest w tej ocenianej mierze bez zarzutu.
Nie obwiniać swoimi błędami innych i mieć dystans do siebie ogromny, bo nie jesteśmy jedynym na świecie ważnym człowiekiem.  To wszystko jak uczynimy, to może ktoś o nas powie: ten (ta) to ma klasę.
I jeszcze, jeszcze jedno... uśmiech... ten otwiera wszystkie drzwi i poczucie humoru, nie zaszkodzi  na pewno w dochodzeniu do bycia człowiekiem z klasą.

środa, 14 grudnia 2016

Pamiętajcie o ogrodach...

Apelował w swojej piosence Jonasz Kofta.
"... przecież stamtąd  przyszliście, czy tak trudno być poetą...tylko drzewa, tylko liście, żaden schron, żaden nie użyczy wam chłodu...tylko liście"
A ja dodałabym jeszcze do tego róże, że do szczęścia potrzebne są róże I pamiętajcie o różach, o różach w ogrodach rosnących. Wygląd i woń tych pięknych kwiatów jest dla mnie, jedną z najbardziej fascynujących rzeczy na świecie.
Zapach róży zawsze wywołuje u mnie poczucie spokoju, zachwytu i olśnienia, z niczym nieporównywalnej zmysłu rozkoszy.



I taką ogrodową rozkosz dostałam w postaci różanego serum ROYAL ROSE OIL. Cudowny różowy olejek zamknięty w małej, szklanej buteleczce z pompką, z zakraplaczem. Już pierwsze użycie tego naturalnego specyfiku, który jak objaśnia naklejona ulotka pobudza produkcję kolagenu, sprawia przyjemność przez niepowtarzalny zapach i efekt, kiedy odczuwa się napięcie skóry, widoczne nawilżenie, i gładkość. Można go używać też do masażu całego ciała, bo ma działanie wybitnie odświeżające i kojące. Och ten zapach, zapach... wtedy czujesz się jak królowa i gładkość iście królewska, jedwabista tej wysmarowanej skóry sprawia, że jesteś zadowolona.
Taką radość i dobre efekty daje też zastosowanie przed serum, peelingu różanego z tej samej serii.
Po złuszczeniu starego naskórka z całego ciała, ciągle w tym ujmującym zapachu, który dodatkowo koi nerwy masz odczucie, że jesteś jakby odnowiona, zupełnie inna kobieta.
Do całego tego zabiegu warto dać sobie trochę wolnego czasu i nie śpieszyć się już do niczego (tylko do spania). I wtedy wanna pełna wody, dużo zapalonych świec i zapach różanych kosmetyków, i masz swoje własne, prywatne SPA. Po takim zabiegu zostaje tylko do wypicia mały kieliszek różowego wina (a jakże, żyje się raz) i przytulenie do podusi, i rano jesteś wypoczęta, niespięta, i jak róża piękna.

wtorek, 13 grudnia 2016

Tekst napisany pod wpływem...


Irytujące jest to, że człowiek się starzeje, że zaczyna nie domagać, że prędzej zrozumieją go dzieci niż znajomi w średnim jeszcze wieku. Przestaje się mówić o przystojnym jeszcze panie Mieciu, który skądinąd jest bardzo wykształcony i obyty w świecie... ale to się już nie liczy, on jest starszy człowiek. Uległ wypadkowi nie mężczyzna Mieczysław Jakiśtam, tylko starszy człowiek. Starszy to znaczy poukładany, na pewno schorowany, niesprawny dostatecznie i przede wszystkim nudny. Jego obowiązkiem jest pomagać babci, czyli jego żonie, przy wnukach. Jak się śpi z babcią, a w pokoju obok śpi wnuk, albo wnuczka, bo młodzi wyszli do klubu, to czy wypada, by dziadek z babcią...nie, to się tym młodszym w głowie nie mieści, że dziadek mógłby babcię inaczej niż czekoladkami (w sensie zjedzenia) pieścić, a ona jemu dogadzała jedynie pieczoną karkówką i Raphacholinem.
Pan Mieczysław jeszcze by żony, nie babci w łóżku chciał, ale przeszłości, w której szaleńczo siebie pragnęli już... już nie ma jej, o przyszłości w tej sferze też już marzyć nie ma co (zresztą w innych też), tkwienie w tym punkcie styczności między tym, co było już i nie wróci, a tym co już nie nastąpi ,czyli teraźniejszości, też nie napawa otuchą. Nie ma czasu już odpowiedniego choć namiętność ciągle w tym orzeczonym starszym człowieku płonie. On to dusi w sobie by nie wydać się śmiesznym, by nie wyszedł na obleśnego starucha.
On teraz inne ma prawa. Ma prawo być na usługi i myśleć jak młodzi chcą, a namiętności, ciekawości to już nie dla niego. Trochę pożył, doświadczył i wystarczy tego dobrego. Jak jeszcze nie czuje, że jego pragnienia są dawno nieodwracalną bzdurą, to młoda rzeczywistość z drugiego pokoju i ta, która jest w klubie, mu właśnie dyktuje: skończył się twój czas. Teraz masz inny odpowiedzialny etap (etat?) jesteś starszym panem i nie wolno ci łamać zasad... w tym wieku piernikalnym rzec delikatnie ujmując, wolno ci robić to co ogólnie przyjęte jest... czyli: wnuki, krzyżówki, ewentualnie uprawa ogródka i to nie tego sąsiadki, na którą zerkasz ukradkiem... chodzić po cięższe sprawunki (których babcia nie wydoli)... sadzić kwiatki w ziemi, napisać testament, zabezpieczyć jeszcze prawnuki i nie marudzić przy stole. Co niedziela z babcią (znaczy żoną) do kościoła. Potem szybko do domu, bo dzieci, i ich dzieci przyjdą na obiadek, a jak oni trochę popiją i zrobi się dość duszna atmosfera, to starszy pan obowiązkowo wyjść musi z dzieciakami do parku (jeśli bardziej dorośli są to sami wyjdą trzasnąwszy drzwiami), żeby babcia w tym czasie rodzinkę pogodziła.
Nieważne co czuje, co wie pan Mieczysław, starszym panem jest i nie wolno mu skarżyć się, bo najważniejsza jedność w rodzinie jest i jego starcze podskakiwanie tylko może dla niego skończyć się źle. Jak mu nie pasuje, to może na jeszcze większą starość zostać sam i nikt mu nawet herbaty nie poda. To groźba realna jest, więc niech nie dyskutuje, na swoje dyskusje miał w XX wieku czas, teraz jest XXI wiek i nie wypada, żeby pan z peselem zaczynającym się na 5,4, nie daj Boże na 3 miał jakieś nienaturalne dla wieku fanaberie.

Ten tekst napisałam pod wpływem przeczytanej książki Philipha Rotha ''Everyman"
Powieść o przeciętnym mężczyźnie, którego życie paradoksalnie zaczynamy poznawać (już na pierwszych stronach książki) w dniu jego pogrzebu.
Niby normalne życie dziecięce, młodzieńcze, potem dojrzałe i stopniowo nieuchronnie przechodzące w starość, aż do ostatniego końca, nie zapowiadającego nic nowego... tylko nicość.
Książka o przemijaniu, o jego pojmowaniu, o żalu, zmaganiu z chorobą, o ambicjach, o niegodzeniu się ze starością, o błądzeniu, o krzywdzeniu innych, o lęku przed przyszłością, która nagle nieproszona przyszła i nie była wymarzona. Główny bohater zdaje sobie sprawę z upływającego czasu, jest inteligentny, ale chce tym więcej od życia nim mniej mu jego zostaje. Coś naprawia, coś innego spłyca, ale jest niepokorny i żądny wszystkiego, przede wszystkim kobiet i wokół nich, z nimi, obok jego życie się przeplata w barwach przez niego malowanych obrazów. A może innych?
Co ma wspólnego starszy pan Mieczysław z bohaterem książki? Adeptem akademii sztuk pięknych, pracownikiem reklamy, mężem, trzykrotnym rozwodnikiem, ojcem dwóch synów i córki... mężczyzną, kiedyś sprężystym pływakiem budzącym pragnienia kobiet, a później niewidzialnym starszym panem, wołającym, że jest, ciągle jest... Tylko nikt tego wołania nie słyszał.
Żeby odpowiedzieć na tak zadane pytanie trzeba przeczytać tą bardzo intymną, trudną bardzo przejmującą swą bezpośredniością książką.
Przeczytanie tej pozycji wydobyło ze mnie jeszcze więcej pokory niż przedtem we mnie jej było. I nim przeniosę się "w krainę nigdzie" jak pisze Philip Roth uwalniając od istnienia, to jeszcze pobronię, jak tylko mogę... starsze panie i starszych panów przed dyskryminowaniem ze względu na wiek, bo choć mają dłuższy staż wiekowy, to nie przestają mieć duszy. A dusza? Wiadomo... do życia się rwie.
A teraz kieliszek wina i znowu będę pod wpływem.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Przyszła Iza.


Pamiętacie Izę, to ta młoda i dobra dziewczyna, która Starej Kobiecie pomogła siatki do domu zanieść. (historia opisana tutaj) Iza przyszła do Starej na kawę.
Okazało się, że wynajmuje niedaleko z koleżanką mieszkanie. Ma 21 lat. Iza pracuje, uczy się i ma pasję – śpiewanie. Poza wszystkim jest bardzo kontaktowa, już się ze mną umówiła na wspólne lepienie świątecznych pierogów. Nie miała specjalnie czasu, to była sobota gdy po pracy wpadła na chwilę, na szybką kawę (koniecznie z mleczkiem), zjadła kawałeczek tiramisu, które wykonałam własnoręcznie. Następnego dnia wybierała się do rodziców i młodszego rodzeństwa, a jeszcze sporo nauki przed sobą miała, bo jak doprecyzowała... egzaminy ją jeszcze w grudniu czekają.
Było wesoło, porobiłyśmy sobie fotki i już umówiłyśmy na poniedziałek. Jak będę w poniedziałek wracać z umówionego wcześniej spotkania, to wpadnę do Izy, do pracy. Zaprosiła mnie i zaznaczyła..."koniecznie."
Iza poznała moją 17- letnią córkę i obie zawiązały przyjazny kontakt.
Opowieści z jednej i drugiej strony było wiele. O przyjaźni, lojalności, miłości, mężczyznach takich z jajami i o takich niestety bez, o gotowaniu, o różnych w życiu dramatach... wszystko w reporterskim, ale bardzo intensywnym skrócie.
Wiem, że ta znajomość będzie kontynuowana, bo mimo dwóch niemalże pokoleń różnicy wydaje się, że obie patrzymy w tym samym kierunku, a Iza... Iza umie słuchać i dużo wie. Skoro wie dużo, to i ja skorzystam na tym, bo uczyć należy się stale i od kogo się da, bo każdy coś może wiedzieć, czego nie wiem ja, albo odświeży zakurzoną już przeszłym czasem wiedzę mą.
Jeśli taka młoda osoba, nie jest twoją córką (czyli nie ma obowiązku tylko chęci), i chce z tobą być – pomyślałam sobie, że to cudowna nagroda... nie wiem za co, ale jest. Cieszę się, że Iza pojawiła się na mej drodze, kiedy te ciężkie potwornie siatki targałam. Moja córka, jej przyjaciółka Asia, teraz dołączyła Iza jeszcze... wszystkie razem trzy, mają mniej niż ja lat, ale radosna jestem dziś, że chcą dzielić ze mną swój świat. Obym nie zawiodła ich i pokazała jak najwięcej.
Muszę kończyć... dostałam SMS-a od córki, z zapytaniem czy Asia może u nas dzisiaj spać? Co za pytanie?
Idę wyjąć z zamrażarki dodatkowe na kolację bułki.
Pa!

sobota, 10 grudnia 2016

Absolutnie zabraniam Ci, pogrążać się w rozpaczy. (Adela, Arleta, Antonina)


Adela była niespokojna od samego rana. Miała niespokojne sny. Dzisiaj miała wolny dzień. Nie lubiła ich. Wtedy zamiast zajmować się pracą, rozwiązywać bieżące problemy, to myślała. Niestety tęskniła. Tęskniła za Arletą, córką, którą ostatni raz widziała w maju zeszłego roku. Arletę obchodziły tylko pieniądze i to, żeby Adela była na każdy jej gwizd. A ona? Ona się z tym nie zgadzała, chciała żyć swoim życiem i nie pozwalała, żeby córka ją w żadnym zakresie indoktrynowała. To podzieliło je. Co nie przeszkadzało, żeby w zakresie spraw materialnych wciąż ulegała Arlecie. Dobrze było tylko wtedy jak Adela dawała... pieniądze, kolejne pralki, lodówki, meble, dywany, lampy, kupowała łóżeczka i zabawki dla rodzących się w szybkim tempie kolejnych wnuków.
Arleta nie skończyła żadnej szkoły ponad podstawową, a mimo to ciągle rywalizowała z matką, która pięła się w karierze zawodowej i trzeba przyznać, że nieźle jej to szło. Ta rywalizacja była śmieszna i niepotrzebna. Dzieliło je wszystko wykształcenie, umiejętności zawodowe, a przede wszystkim 22 lata różnicy wiekowej. Arleta chciała być jak mama, ale do tego musiałaby się uczyć, a nie chciała, pracować, a jak bez wykształcenia i doświadczenia. Do tego Adela miała poczucie humoru i otwartość do ludzi taką, że z każdym się dogadywała. Nigdy nie przyszło jej do głowy by przy kimś się wywyższać ze względu na stanowisko, status majątkowy czy z innego powodu. Karina miała charakter roszczeniowy... wychodziła z założenia, że jej się wszystko należy. I wszystko miała. Adela i Zenon niczego jej nie skąpili. Przychodziły kolejne święta i inne okazje i bez nich też, ona już doprawdy wszystko miała, ale ciągle było jej źle. Adela wręcz się jej podlizywała. Arleta i tak to lekceważyła. Po swojemu żyła.
Wbrew mężowi, który ją przed tym krokiem ostrzegał, Adela zatrudniła córkę u siebie we firmie. To był błąd. Zaczęły się problemy. Arleta nie zachowywała się jak pracownik tylko dyrektor. Nie dość, że podważała autorytet matki u pracowników, to jeszcze nic nie robiła. Adela to znosiła, mało tego podżerowała kredyt Arleta, żeby ta mogła urządzić się po swojemu.
Ta nigdy go nie spłaciła, choć kolejny raz dostała pieniądze na jego spłatę. To historia długa. Szkoda na nią czasu.
Potem potoczyło się źle, we firmie nie było pieniędzy na wypłatę dla pracowników, ale wszystko by się poukładało, gdyby.... Córka złożyła pozew do sądu na matkę, że nie dostała wynagrodzenia. To przykre było, ale Adela kolejny raz przebaczyła.
Gdy we firmie pojawił się potencjalny wspólnik, który chciał w znaną i do tej pory dobrze prosperującą firmę, włożyć swój kapitał, żeby dalej działać, to co zrobiła Arleta... ośmieszyła, upokorzyła swą matkę i zażądała na wstępie pieniędzy, bo inaczej... to groziła... nie skończy się na jednym sądzie.
Sprawa została załatwiona, powiedzmy polubownie, Arleta pieniądze dostała, ale miała się z firmy wynosić. Związała się z ludźmi spod nienajjaśniejszej gwiazdy, żeby firmę, którą prowadziła Adela przejąć.
Adela była przerażona i załamana. Mąż... a nie mówiłem... to tylko powiedział jej.
A Arleta miała już 20 lat i nic nie robiła, tylko roszczenia wciąż miała. I nie przyjmowała, że postępuje źle.
Adela wybaczała, siebie obwiniała, że pracując zbyt mało czasu córce poświęcała, a oddarowując ją nieustannie i ulegając nawet szaleńczym zachciankom wcale nie czyniła jej dobrze. Czuła, że zaczyna bać się jej. Ze strachu dalej jej ulegała. Nie miała odwagi powiedzieć NIE.
To była jej ukochana córeczka, której tak bardzo chciała, ale chciała też, żeby do czegoś w życiu doszła własnymi rękami, a nie tylko czerpiąc z pracy i majątku matki.
I tak mijały lata. Umarł Zenon, który jedyny ją wspierał i przed córką ostrzegał.
Później od jego sióstr się dowiedziała, że choć bardzo córkę swą kochał, to skarżył się, że charakter ma zły i on nie wie jak do niej dotrzeć.
I następne lata przechodziły... Arleta ciągle z matki czerpała, a ta szczęśliwa była, że może dawać jej. Wnukami się nie zajmowała, bo inne plany na życie miała, nie miała jeszcze 50 lat. W końcu też swoje dziecko miała... drugą córkę urodziła i jej poświęcić się musiała, gdyż była teraz bez Zenona, sama.
To bardzo Arlecie się nie podobało, a jeszcze bardziej to, że Adela przestała być na każdy jej gwizd i do tego ciągle mimo trudności życiowych świetnie wyglądała, i śmiała się. Śmiechu matki Arleta nie znosiła. Do tego Adela założyła firmę, która doskonale prosperowała. To nie cieszyło Arlety, która rodziła kolejne dzieci, na które pracował jej starszy o 9 lat mąż. Jemu też wszystko za złe miała i do tego cierpiała, że matce nienajgorzej się powodzi.
  • Ty to zawsze spadasz na cztery łapy – wysyczała jej kiedyś z nieskrywaną zawiścią.
A jej, jej ciągle mało było. Tłukła męża, wyrzucała z domu, oszukiwała, szukała gdzie indziej szczęścia. Młodszej, malutkiej siostrze zabierała pieniążki, które Adela jej dawała. Ze skarbonki nożem przez szparę wyjmowała, a o ich wspólnej mamie opowiadała małej dziewczynce, że prostytutką jest. 6-latkę wówczas, gdy u niej przez krótki czas przebywała, do prac domowych wykorzystywała i zastraszała, że do matki nie wróci jak... i tu następną historię opowiedzieć by trzeba, ale na to nie teraz czas. Jedno trzeba jej tylko oddać należy , że zajmowała się dobrze swoimi dziećmi, które bardzo kochała. Wszystkie swoje niezrealizowane aspiracje z nich na siłę wyciągała. I to już dyskusyjne jest, czy to dobrze, ale nie o tym teraz...

Pewnego dnia Arleta wyszła z domu, do sklepu z akcesoriami budowlanymi, po kołki rozporowe i ... i odeszła od męża. Zakochała się w sprzedawcy owych kołków.
Dzieciom zakomunikowała, że odtąd będą mieli nowego tatusia i nową siostrzyczkę, albo braciszka. I ot, prawo miała postąpić jak chciała. I nie o ocenę jej w tym zakresie, teraz chodzi.
Adela się z tym nie zgadzała, szanowała Witka swojego zięcia, który zresztą jej pracownikiem był.
Tego Arleta nie mogła jej wybaczyć, chciała, żeby matka zerwała wszystkie kontakty z ludźmi, których Adela też dobrze znała i szanowała. Nie chciała źle mówić o zięciu, ani jego matce, z którą była zaprzyjaźniona, a już tym bardziej zrywać przyjaznych stosunków. I tu wyrósł jeszcze wyższy mur nienawiści Arlety do matki.
Przed nowym partnerem opowiedziała, że Adela w życiu nie zrobiła nic dobrego i żadnych dokonań nie miała. Czerpała satysfakcję z opowiadania o niej piekielnych wręcz historii. Zabroniła kontaktów z wnukami. Była nieprzejednana w tłamszeniu Adeli.

Jednak Adeli trudno tak żyć. Smutno i przykro jej jest.
W dniu urodzin wysłała jej życzenia, w których napisała, że pamięta i życzy jej wszystkiego najlepszego. I ma pamiętać, że z upływem czasu ciało nie liczy się, tylko wnętrze.
Nic to nie dało... cisza głucha.
Młodsza córka ostrzegała ją... nie dzwoń... nie narzucaj się... znowu będziesz cierpieć... ona nienawidzi cię... życzy ci źle... ma kompleksy... nic w życiu nie osiągnęła... swoimi niepowodzeniami obarcza cię... proszę cię.

Adela nie posłuchała... zbliżały się święta... zadzwoniła, powiedziała jej, że nie powinny tak żyć, że życie zbyt krótkie jest by kłócić się, że odkreślmy to wszystko grubą kreską i zacznijmy wszystko od nowa. Nie potrzebuję nic od ciebie. Potrzebuję byś przestała żyć w swej nienawiści. Chciała jeszcze powiedzieć: Nie musimy się nawet zobaczyć. Chcę tylko usłyszeć, że nie ziejesz do mnie niezrozumiałą nienawiścią, przecież nic ci nie zrobiłam... raczej robiłam za dużo. Nie wychowuj dzieci w nienawiści do mnie, bo to obróci się kiedyś przeciwko tobie. Zrozum, nie będziesz ciągle młoda. Skończy się 500 plus, do pracy będziesz musiała pójść i co, co powiesz dzieciom, co zrobiłaś w swoim życiu mamo, gdy będą starsze i zapytają. Miej w sobie trochę pokory i skruchy, ja ją mam.. .Lepiej Karino być, niż mieć i nie okłamywać się. Nie uzurpuję sobie praw do mądrości i moralności wybitnej, ale wysłuchaj mnie... Nie bądź obojętna.

Nie powiedziała tego, nie zdążyła ... spadł na nią plwocin stek: że żyje jej się lepiej odkąd Adeli nie widzi i nie chce jej znać, i widzieć nigdy, że jest...... (słowa nie do powtórzenia) Nie ma mowy o widzeniu wnuków, już wiedzą, że jesteś kobietą złą, wszystko co najgorsze to ty i nigdy więcej nie dzwoń do mnie.

Trzasnęła słuchawka. Adela oniemiała. Wyciągnęła rękę. Próbowała..., ale Arleta jej szansy nie dała. Czuła się upokorzona, upodlona, zgnębiona. Bolało ją całe ciało i w tym bólu czuła się strasznie sama i zagubiona. Teraz jest bardzo ważna... siedząc w domu od państwa i z alimentów dostaje, nie pracując dostaje na czwórkę dzieci ok. 5 tys., do tego zarobki nowego partnera, to po co jej teraz matka, od której nie wyciągnie nic, bo zamożna nie jest już. I jeszcze to - z pewnością ciągle jest roześmiana, i robi co w życiu sama chce, a to kłuje najbardziej ją.

Adela siedziała w fotelu i rozpaczliwie płakała, w środku była cała w kawałkach.
Mijała już druga godzina, kiedy rozpacz ją rozdzierała i pytanie, co zrobiła nie tak, chciała tylko, żeby Arleta choć trochę serca jej okazała. Ona wszystkim co Arleta źle uczyniła obarczyła ją, nie widząc własnych win. Była skołowana i bezbronna.

Antosia wróciła ze szkoły i zastała Adelę spłakaną w fotelu. Wiedziała od razu, że mama jej nie posłuchała. Widziała jej cierpienie i już nawet nie miała siły być na nią zła.

  • Mamuś, zapomnij – to do niej wróci, a ty jesteś wspaniała i proszę nie zamartwiaj się, ona wie jaka jesteś i teraz się pewnie cieszy, że cię doprowadziła do płaczu. Ma swoją złośliwą satysfakcję, że teraz czujesz się jak zbity pies. Jej o to chodzi byś się załamała, to twoja córka, ale życzy ci źle. Proszę zapomnij, zrób to dla mnie to, bo ja kocham cię, a Arletą gardzę, choć to moja siostra.
  • Masz rację, nie poddam się rozpaczy, bo ona na to liczy, choć nigdy nie zrozumiem tej sytuacji... chciałam dobrze.- wyszeptała Adela. Dlaczego jest taka?- myślała tuląc głowę do poduszki. - co zrobiłam źle. Nie tak ją wychowywałam. Antosiu, śpisz już? - Adela wstała i weszła do pokoju córki
  • Nie mamuś, czytam jeszcze, stało się coś ? - córka podniosła się z łóżka.
  • Myślisz, że jestem złą kobietą i powinnam zmienić coś? - zapytała Adela ze spuszczoną głową.
  • Jesteś dobra i ty to wiesz, ale masz rację, powinnaś zmienić coś zmienić... przede wszystkim swoje myślenie. Zapomnij o Arlecie, ona jest dorosła, ma swoje życie i postanowiła, że nie ma cię w nim i to jej strata. Uwierz mi. A teraz idź połóż się mamuś i myśl, ilu masz wokół siebie cudnych ludzi i na nich wesprzyj się i na nich się skup. I absolutnie zabraniam ci, pogrążać się w rozpaczy.

    Potem późnym wieczorem zadzwonił dziwny telefon, zaczynał się na 89 ... ... ... odezwał się męski nieznany głos.
    Nigdy przedtem takich telefonów Adela nie miała...
    Rozłączyła się. Wrzuciła numer do spamów.



czwartek, 8 grudnia 2016

PREZENTY i krótki list Starej Kobiety do Mikołaja.


Idą święta. Jak Polska długa i szeroka cała, wszyscy się cieszą na święta. Jedni dlatego, że odsapną trochę od pracy męczącej, inni, bo wyjazd z ukochaną dawno odkładany się wreszcie dokona, albo wreszcie z dawno nie widzianą rodziną się spotkają. Ludzie głęboko wierzący nie mogą się doczekać narodzin swego Pana i z okazji Jego narodzin chcą świętować. Dzieci, dzieci przede wszystkim czekają na prezenty. 

PREZENTY to w każde Święta, corocznie według tradycji muszą być. Dorośli zresztą też na nie po cichutku liczą. Głośno zaś zastanawiają: co kupić żonie... przecież generalnie ona wszystko ma... może pierścionek, ale siódmy, kamasze do dreptania po chacie - obrazi się. Jaką jej zrobić prezentową niespodziankę, by cieszyła się, a nie w pierwsze po Wigilii święto, boczyła. Takie to są dylematy. Bo czy tacie kupić nowe do wędki, spławiki, a wtedy mama się obrazi, bo tata znowu na ryby chętnie latem będzie jeździł, a ją samą zostawi w domu, a ona nie lubi z nim wędkować. 
To nudne jest i kończy się zawsze źle, bo jak nałowi, to ona musi patroszyć i smażyć je. On ich tak nie jada, bo on z nie lubi z jeziora ryb, bo ości mają zbyt wiele. Chyba, żeby trafił się sandacz lub sum, ale to tylko senne marzenia są.
Z kolei mamie... krem, perfum (ten co lubi, cholera drogi jest), mówiła coś o gorsecie... lecz czy to wypada, nie sugeruje, że mogłaby mniej pulchna być i dieta ostatnia jej nie pomogła. Mąż... mąż marzy o nowym samochodzie, więc obojętnie co dostanie będzie niezadowolony... bo to niepotrzebne, jeśli chodzi o krawat (po co mu zresztą kolejny zwis), a pachnidła jakie... w łazience, na półce cały ich sznur. W tym dwa zupełnie nienapoczęte. 
Z dziećmi też nie jest łatwo. U młodszych pełne szafy klocków, lalek, wózków, samochodzików, piszczałek, trąbek, pędzących po torach na dywanie rozłożonych pociągów i książeczki kolorowe takie i inakie. Starsze już mają smartfony według najnowszej mody, tablety w szafach już zapomniane, nawet najnowsze laptopy, spodnie i buty firmowe, zegarki markowe, konsole do grania...itp.itd. To nie te czasy kiedy człowiek bez względu na wiek cieszył się z kawałka suchej kiełbasy, nawet sztucznego miodu, a pomarańcze to rarytas był.
Zwykła gra planszowa "Grzybobranie", a jak lalka mówiła mama, to babcia się nawet cieszyła i myślała, że na Gwiazdkę trafił jej się kolejny wnuk.
Wypchany trocinami miś cieszył bardziej niż ten welurowy dziś. I wyrób czekoladopodobny, a nie jakaś tam Milka fioletowa w kilkudziesięciu smakach, sprawiał radości wiele. 
Trudne decyzje Mikołaj musi podjąć w prezentowym kupowaniu i niezależnie czy jest teściową, żoną, kochanką czy matką – on wie, swą rolę musi spełnić trafnie, żeby przy stole zamiast uśmiechów i fajnych zapachów nie było ponurych na twarzach grymasów.

List do Mikołaja.

Święty Mikołaju, Ty mnie znasz i ja Ciebie znam.
Dla mnie  Świętym Mikołajem jesteś cały rok. I w tą Wigilię Świąt – po prostu bądź. Ty byłeś, jesteś i będziesz moim największym prezentem.
Cicho... nie śmiej się tak głośno... dzieci u sąsiadów śpią.
                                                 ...ja...



środa, 7 grudnia 2016

Nie kuś nas na pokuszenie...


"Zbaw nas ode złego" To tytuł książki Davida Baldacciego, też autora thrillera "Władza abolutna", którą zekranizował Clint Eastwood.

"Dziewięćdziesięcioletni staruszek siedział w wygodnym fotelu zajęty lekturą książki o Józefie Stalinie. [...] Starcowi bardzo pozytywna opinia o Stalinie, jaką znajdował w wydanej własnym sumptem książce, bardzo się podobała."*
Tak zaczyna się ta frapująca książka. Staruszek był nazistą i po kilkunastu stronicach, dowiemy się, że za wszystkie potworności, których w czasie wojny dokonał – spotka go śmierć z ręki młodej, pięknej dziewczyny, Reggie Campon, agentki międzynarodowej grupy antyterrorystycznej. W takich okolicznościach ją poznajemy.
Za chwilę poznajemy Shawa, lidera drugiej grupy, która stosuje inne metody zwalczania niebezpiecznych zbrodniarzy ukrywających się na całym świecie pod zmienionymi tożsamościami. Tych dwoje połączy Fedir Kuczin, były pracownik KGB, któremu przed upadkiem ZSRR udało się zbiec do Kanady, żeby nie odpowiadać za wszystkie okropności i potworności, których dokonał. I dokonuje nadal prowadząc zbrodnicze interesy, gdzie giną ludzie, handlując żywym towarem, bronią i narkotykami. I ciągle wymyśla kolejne straszne plany, ale nikt o nic go nie podejrzewa, bo on świetnie się kamufluje funkcjonując jako wspaniały, szlachetny, wręcz altruistyczny biznesmen. 

Kierownictwo obu grup jednak wpada na jego trop i w konsekwencji muszą połączyć swe siły, by zniszczyć bezwzględnego mordercę, który nawet własnego syna, poczętego z gwałtu na jego matce wychowuje, a raczej pokazuje jak żyć nienawiścią, przemocą i brudnymi pieniędzmi, oraz takimi, na których jest krew, i nie przejmować się niczym. Ale w tym wątku zaskoczenie pełne, gdzie kolejny raz przekonujesz się, że nic nie białe, ani do końca czarne. Bezwzględność i brak wyższych uczuć, tak podsumować można sylwetkę Fedira.

Na początku to wszystko wygląda jak gra, kiedy antyterroryści szukają dojścia do pilnie strzeżonego, bogatego i bardzo przebiegłego zbrodniarza... ale z każdą przeczytaną kartką jest coraz gorzej, pełno przerażających momentów i zwrotów akcji, bo nic nie jest takim, jakie się wydaje, totalne pogmatwanie, aż... aż dochodzi do morderczej walki na śmierć i życie w kanadyjskiej tundrze.

W tym pościgu za potworem jesteśmy też świadkami rodzącej się przyjaźni, dalej miłości i odnajdywaniem własnych zagubionych przez zawirowania życia, tożsamości.
Sensacja, historia, horror, przerażenie, nostalgia, okrucieństwo, przyjaźń, nienawiść, prawda, kłamstwo, miłość, zwątpienie, strach, niewrażliwość, odwaga, intrygi, to wszystko dostaniesz w "Zbaw nas od złego"

Gonitwa za zwyrodniałym Ukraińcem, który nie zrobił w swoim życiu nic wartościowego ani ważnego... to oś, na której zbudowana jest cała fabuła książki.
Książki, którą musisz przeczytać, bo jeśli nic nie wiesz o złu, to z niej się dowiesz.
Nie ma życia bez bólu, ale nigdy nie trać wiary, a wtedy dostaniesz wsparcie, nie wiadomo skąd, bo dobro zwycięża... prędzej czy później, ale zawsze. Takie jest jej przesłanie.
Jeśli mogę coś dorzucić, to nie zaczynaj jej czytać wieczorem, bo rano może do pracy, szkoły, czy na uczelnię pędzić musisz, a do tego wyspanym trzeba i wypoczętym być. A ta książka tak Cię pochłonie, że nie będziesz w stanie przerwać czytania jej.
Ja przynajmniej nie mogłam. Straciłam całą noc. Źle napisałam... całą noc przeżywałam różnorodne emocje czytając tą pozycję i choć próbowałam... odkładałam książkę i gasiłam światło, to za chwilę... ciekawość zwyciężała i do niej wracałam.
Porwała mnie ta książka i oderwała całkowicie od mojej rzeczywistości.
Ale przecież chyba w książkach o to chodzi.

Mam nadzieję, że skusiłam Was do przeczytania "Zbaw nas od złego", bo to złego nie jest nic.


*Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Zbaw nas ode złego" 

wtorek, 6 grudnia 2016

Życzenia Mikołajkowe od A do Z


Apatia - niech Was omija.
Bieda - niech się odpie....
Ciekawość - prowadzi do przodu
Depresja - pozostanie dla Was nieznana
Entuzjazm – zawsze w dobrej sprawie ogarnia
Fantazja - Was nie opuszcza bez względu na wiek
Gniew – nie przyćmiewa umysłu
Hipokryci – niech nie zasiadają przy Waszym stole
Intrygi – przeciwko Wam, niech wrócą do twórców ich
Jesień życia – pełna barw i kolorów będzie do końca Waszych dni
Kwiaty – zawsze w Waszym domu niech będą
Lękliwość – zastąpiła śmiałość
Łzy – płynęły z oczu tylko ze szczęścia
Miłość - z Wami i przy Was trwała
Nadzieja – przyświecała wszystkim poczynaniom
Oczekiwania – zostały spełnione tak jak Wy chcecie
Praca – dawała satysfakcję i pieniądze, a Przyjaciele byli z Wami mimo Waszych wad
Radość – oby inni chcieli dzielić się z nią
Samotność – nie dokuczyła nigdy
Tęsknota – ukojona została
Urok – Wasz osobisty został dostrzeżony
Wiedza - którą posiadacie doceniona była
Złość - sercem nie zawładnęła
Życzliwość – od innych pchała się do Was oknami i drzwiami
I to, wszystko razem to SZCZĘŚCIE się zwie i jego bardzo,
bardzo serdecznie życzę Wam – ja, ze Starą Kobietą.







niedziela, 4 grudnia 2016

Ważne, żeby człowiek dobrym był.


Na życie patrzę tak: Nie warto tracić energii na coś, co jest złe i co w życie nasze przynosi złość, niezadowolenie, zwątpienie, czyjeś zmartwienie. Dlatego nie chowam do nikogo urazy, nie pielęgnuję złości. Nie zazdroszczę, że jest ktoś młodszy (no może troszeczkę), zaradniejszy, piękniejszy, bogatszy, mądrzejszy (tu jednak mocno zazdroszczę), ale nie znam zawiści i wcale od kogoś innego poznać bym jej nie chciała. Białoskóry, czerwony, mahoniowy, czarny, czy żółty to nieistotne. Ważne, żeby był to dobry człowiek. Czy wierzy w Chrystusa, czy wyznaje Mahometa – zupełnie mnie to nie rusza. Ważne, żeby był to dobry człowiek. Mało ważne czy adwokat to, profesor, sprzątaczka, lekarz, portier, celebryta, ogrodnik, urzędnik. Ważne, żeby był to dobry człowiek.
Majętny, zamożny, z domem basenem czy ten z wynajętych 20m2, a może bezdomny, bo nie umiał w życiu wytrwale trzymać dobrego steru, a może w przeciwną stronę wiał mu wiatr. Ważne, żeby był to dobry człowiek.
Może być gruby i spocony, chudy, i brzydki. Ważne, żeby to człowiek dobry był.
Kobieta, mężczyzna, dziecko, nastolatek, lesbijka, gej czy transwestyta. Ważne, żeby to człowiek dobry był.
Stary, zmurszały, młody, piękny i atrakcyjny. Ważne, żeby to człowiek dobry był.
Z samochodem, pieszy, czy na rowerze... to bez znaczenia. Ważne, żeby to człowiek dobry był.
Polityk, kretyn, klaun, ten co wykłada na uniwersytecie czy ten co podłogę kafelkami ... to wszystko jedno czy artysta malarz czy malarz pokojowy. Ważne, żeby to człowiek dobry był.

Człowiek to już brzmi dumnie. Ale być dobrym człowiekiem to najważniejsze jest.
I nikt nie przekona mnie, że jest inaczej. Że inne pryncypia ważniejsze są.
Co z tego, że piękna kobieta, a gardzi ubogą sąsiadką i szydzi z wytartego czasem jej płaszczyka.
A ten młody, co naśmiewa się ze staruszka na ławce Jarzębiak popijającego i butelkę z ręki wytrąca mu. Też będzie stary, prędzej niż zdaje mu się i ktoś podłoży mu nogę, gdy do cudownej jakiejś kobiety będzie akurat przystawiał się.
Profesor z wyższej uczelni wraca do domu i leje swą niewykształconą żonę, bo gdy on się uczył, to ona piątką ich wspólnych dzieci zajmowała, a teraz za nic ją ma.
Biznesmen dojrzały w pięknym, czerwonym kabriolecie rzuca w restauracji setkami, a przychodzi do niego z dawnych lat przyjaciel i prosi o pomoc i wsparcie, bo stracił pracę, a żona choruje. A on na to, że sam jest w biedzie, jeździ właśnie na oparach benzyny, od matki rencistki pożycza pieniądze, żeby się jakoś w interesach nie rozłożyć, i że dziadek go wspomaga (co w grobie od 10 lat leży), żeby mógł się z kłopotów wykaraskać. Nie pomoże i basta, chyba, żeby ten w jeden przekręt z nim wszedł, to może z tego dostanie 1%.
Polityk, co cuda obiecuje. Społeczeństwo go wybiera, ale cuda tylko u niego w domu działają. Właśnie kupił sobie już drugi dom, z którego wysiedlił najpierw ustawami mieszkających tam od pięćdziesięciu lub więcej lat mieszkańców... zwyczajnie na bruk.
I inaczej.
Gruby spocony pan chorujący na serce ustąpi ci miejsca w tramwaju, bo widzi, że młodsza co prawda, ale kobieta i siatki ciężkie ma dwie.
Ten co kafelki wykłada na podłodze by studenckie i profesorskie nogi mogły stąpać po nich wygodnie, po pracy idzie pomóc sąsiadowi, bo mu zalali inni sąsiedzi mieszkanie i on teraz musi je odremontować.
Czarny jak smoła chyba z najgłębszej Afryki zna dobrze angielski i postanowił, że syna kobiety, u której wynajmuje pokój nauczy wszystkich zwrotów języcznych, zupełnie za darmo, bez pieniędzy.
Idzie kobieta z czterema siatami pełnych zakupów. Do tego jeszcze wielka torebka. Wiek jej trudno określić, tyle, że widać, że udźwignąć się nie może. Schludnie ubrana i uśmiechnięta. Uśmiecha się do swej myśli , że jak tak będzie często przystawać, żeby sił nabrać i dalej iść, to może zdąży do 15-ej dojść ( a jest 12:33).
Z przeciwnej strony idzie młoda dziewczyna, śliczna blondynka, do pracy śpieszy się. Widzi kobietę. Nie zastanawia się chwili i już za moment targa siatki, i z uśmiechem serdecznym mówi: ja pani pomogę, nie da rady pani sama, śpieszę się do pracy, znam panią z widzenia, niedaleko chyba pani tu mieszka, czasem noszę do domu od mamy przetwory i wiem jak to ciężko jest.
  • Jak pani ma na imię moja wybawicielko? - spytała zdumiona i uszczęśliwiona kobieta.
  • Iza jestem.
Nie wiem kim Iza jest... pracuje... tyle zdążyła mi powiedzieć... czy jeszcze się dalej uczy... nie wiem. Za krótka to była droga by się dowiedzieć. Serdecznie uśmiechnięta młoda blondynka z dużymi niebieskimi oczami i sercem wielkim, choć przecież nie widać go pod ubraniem, a czuć w każdym spojrzeniu, geście.
Wiesz gdzie mieszkam Izo (18k/7) zapraszam Cię na kawę. Jak lubisz to zrobię sernik.
Iza to DOBRY CZŁOWIEK.
Niewiele trzeba, by taką Izą być.

Trochę mniej egoizmu, troszkę więcej zrozumienia, otwartości w spojrzeniu dookoła, a nie tylko na czubek swojego, choćby najśliczniejszego nosa, empatii deczko i już możesz być jak IZA.