środa, 30 listopada 2016

DEPRESJA


Alina ma ją od lat mniej więcej pięciu. Ukrywa ją tyleż samo lat. Czasem udaje jej się to bardziej, czasem mniej. Jej bliscy o jej chorobie nie wiedzą, nawet nie podejrzewają. Alina zawsze dobry humor ma, a jak nie ma siły w tym oszukiwaniu to zamyka się po prostu i nie widzi jej nikt. To się nazywa, że grypę ma. A ona w życiu nawet kataru nie miała. Czosnek, cebula, biały ser, czasem wysokoprocentowy trunek i jedzenie jak to się modnie mówi... zbilansowane... to znaczy w jej przypadku, że wszystko jej smakuje i wszystko je oprócz zupy z krwi kaczej zwanej czerniną. Żaden wirus, ani bakteria jej nie zaskoczy, nawet komar nie ukąsi. Jak była mała to tak była przez te bestie pokąsana, że aż spuchła i lekarz wtedy powiedział, że chyba jest zaszczepiona do końca życia i komar nie tknie już jej. I to się sprawdziło, ale na smutki i wynikłe z nich skutki jakoś szczepionki nie dostała. Zresztą Alina, taka żywiołowa, otwarta na ludzi, nie spodziewała się, że ktoś swą postawą może ją struć. I, że to będzie trwało. Nie myślała nigdy przedtem, że cały dzień pracując, uśmiechając się, można tylko marzyć tylko o jednym, żeby zażyć jakiś nasennik i w poduszkę się trzepnąć. Zasnąć by nie czuć bólu fizycznego. Spać i nie wspominać, nie przeżywać, nie wracać myślami, nie lękać następnego dnia, nie oglądać wstecz, nie myśleć o starości, chorobach, śmierci, rozstaniach, o paru draniach, jednej oszustce, wyzyskiwaczach, obłudnikach i kłamcach, hipokrytach w uśmiechach, zawistnikach w pełnymi frazesów ustami, o nieżyczliwych młodych ludziach patrzących na ciebie na wskroś jakbyś niewidzialna była, albo jeszcze z litością, nie wiadomo co gorsze.

SEN
Płyniesz tą łodzią swego życia, niby kierujesz nią sama. Przecież widzisz we śnie, że wiosła są w rękach twoich. Ale co chwila wyrywa ci je ktoś i sam się bierze do wiosłowania. Ty się nie zgadzasz, to łódka jest twoja. Sama chcesz trzymać jej ster. I co z tego, że nie płyniesz w stronę, gdzie inni nie chcieli by płynąć ją.
Bronisz się jak możesz, już dłonie masz zdarte do krwi, już brak ci sił. Wypada z niej babka, ale ona zawsze była po twojej stronie i pomagała ci. Niedługo potem tatko. Och jakże kochała go. Mamy już w łodzi nie ma, zabił ją rak. Strach spowodował, że wypadł z niej syn, potem drugi i córka zmieniła łódź... wolała inny statek. Jakieś maleństwo kwili na dnie przechylającej się łodzi, obok siedzą dwaj mężczyźni w sile wieku... jeden spogląda na drugiego, ale żaden nie chce przytulić dziecka płaczącego. Każdy z nich kieruje się w inną stronę. Jeden wpada w otchłań jeziora, czy rzeki (Alina nie wie, bo to sen) drugi wrócił na statek, którym poprzednio już płynął i los tej łódki nie obchodzi go wcale. Był trzeci mężczyzna co przytuliłby kwilące dziecko, bo odpowiedzialny był... tyle, że wcześniej utonął, bo zwyczajnie chory był i nie miał siły w tej łodzi trzymać steru. Są też inni ludzie w tej łódce... jedni nawet życzliwi, lecz co oni mogą, też mają trudny los; inni obojętni, jeszcze inni ciekawscy, co będzie dalej. Mają twarze sprzedawców z supermarketu, pani doktor co mierzy ciśnienie, dentysty znanego od 14 lat, listonosza, co w zasadzie jest historykiem, pani Grażynka, co sprząta klatki schodowe raz na tydzień, choć przychodzi oglądać je dzień w dzień, pani z warzywniaka co opala się papierosami, bo zimno jej jest, pani z cukierni... o jest teść Aliny i wujek Stefan, co dbał o zasady, ciotka Maryla, co była starą panną, od kiedy Alina ją znała i wyuczony na inżyniera rolnika Ryś, co teraz sprzedaje produkty bankowe, śpiący jak zwykle pan Świergiel od chemii i Topór pan od w-f (tak był nazywany, nazwiska Alina nie pamięta) i jeszcze złośliwy wuj Zdziś, przemiła muzyczka Lidia Popiel i pani Niemiec, co przewrotnie rosyjskiego uczyła. Jest i profesor astronomii Piotr D., co Alina jeszcze w podstawówce siedziała z nim w jednej ławce i obraz piękny trzymany w rękach przez malarza Jana D.
Pełno ludzi, coś krzyczą do Aliny. Niektórzy serdeczni. Inni jacyś oburzeni. Uśmiech i złość. Radość i smutek. Pocałunki, pot, łzy wszystko miesza się. Krzyk, kolorowe baloniki w różnych dziwnych kształtach miotają jej się nad głową. Jeden z nich ma czarne wyłupiaste oczy i ogon czerwony, bardzo zakręcony. Ten zagląda jej w twarz i wydaje się, że śmieje się. Nie to śmieje się wuj Stach, bo wpadł nosem w biust cioci Zosi, a to miłe dla niego było. Za chwilę pełno na czarno ubranych osób, smutnych zgarbionych tłoczą się w jednej, wielkiej jak łódź bez mała cała i w górę wyciągają ręce.
Plącze się wszystko w niby nieodgadniony, straszliwy, przejmujący obraz, lecz skądś znajomy... bardzo znajomy.

PRZEBUDZENIE
Łódź niebezpiecznie przechyla się... Alina puszcza wiosła. Nie chce już w tej łodzi być.
Budzi się zlana potem, poduszka jest mokra, w dłoń, aż do krwi ma wbity swój własny paznokieć.
Zwleka się z łóżka i idzie do drugiego pokoju. Na tapczanie przykryta w pościel, w jasnomalinowe kwiaty leży jakaś osoba. Widać tylko złocistosłoneczny warkocz .
To głowa córki Aliny.
Alina szybko umknęła do łazienki. Obmyła twarz, żeby nie był widać łez. Wklepała krem i uczesała włosy i taka zmieniona wturlała się do łóżka córki, choć ta ma już 17 lat.
  • Trzeba wstawać słoneczko, zaraz zjemy śniadanie. Na co masz ochotę, dzisiaj spełniam wszystkie życzenia.- ciepło zaszeptała Alina do ucha przeciągającej się córki, która od razu zaczęła się jej dyskretnie, ale wnikliwie przypatrywać.
  • Mamuś, co się dzieje, spałaś dobrze, płakałaś, nie martw się. Damy radę, my zawsze dajemy. Zobaczysz, przyjdzie taki czas, że będziesz szczęśliwie zasypiała, a nie udawała, bo ja wiem, że ty trzymasz się mamo ze względu na mnie i udajesz tak ślicznie, że twarda, i silna jesteś. Tylko dobra nie musisz udawać, bo dobra jesteś. Kiedyś pani w szkole zadała pytanie: czy wy naprawdę kochacie rodziców, czy tylko im tak mówicie?
    Ja sobie to głęboko przemyślałam i wiem, że kocham cię nad życie i wiesz...nigdy, nawet jak czasem zła jestem na ciebie, to nigdy nie pomyślałam, że ty, to krowa jesteś – i tu się perliście roześmiała.
Śmiała się też Alina.
ŻYCIE TOCZY SIĘ DALEJ.



Dramat Agaty... zażegnany


Agata wstała rano z łóżka w niedobrym stanie. Całą noc przepłakała przez swojego szefa, młodego, niepokornego drania, który zawsze się jej czepiał, ale wczoraj przeszedł sam siebie w tym podważaniu jej autorytetu przed całym zespołem. Płakała ze wściekłości, nie ze słabości. (To taka informacja dla jasności)
Za dziesięć dni miała mieć prelekcję dla warszawskiej grupy seniorów, o nie poddawaniu się starości, zapobieganiu stresowi, unikaniu nerwowości . I ona właśnie niewiele od nich młodsza miała zabłyszczeć jak to świetnie daje sobie radę z tymi nowościami w życiu, jakie daje okres starzenia się. Nie bójmy się tego słowa ... starzenia. Wszyscy to robimy każdego dnia... starzejemy się. Dlatego stosujemy kosmetyki, żeby ten proces spowolnić i tym samym sobie, i innym trochę oczy zamydlić, że z nami, to jako lepiej obszeddł się czas. Tak rozmyślając Agata spoglądała w lustro i widziała podpuchnięte oczy z siecią wielkiej ilości drobnych zmarszczek, a wokół nosa sieć czerwona popękanych naczynek krwionośnych od wysiłku przy jego wydmuchiwaniu, łącznie ze spływającymi łzami, których zawartość solna wyżłobiła jej na twarzy normalne górskie potoki, takie jak na geograficznej mapie. Obraz to był żałosny. Tylko telefon do Starej Kobiety, ona na pewno coś doradzi, żeby za parę dni jej skóra wokół oczu znów była sprężysta, a nie wiotka i nadmuchana. Z naczynkami będzie trudniej.
  • Hej, Stara Kobieto problem mam.... i Agata w skrócie opowiedziała, jaka to gładka i śliczna musi być, bo za 10 dni ma ważne spotkanie.
  • Nie martw się... na naczynka zastosuj arnikę górską, już moja babcia ją stosowała, a teraz można kupić serum nawilżające z arniki Firmy Fitomed. Na sobie wypróbowałam, jak od nadmiernego opalania naczynka mi popękały, a u mnie krucho z kasą, żeby iść i sobie u dermatologa* je pozamykać.
    Co do oczu, to nic tak pod oczami skóry nie wygładza jak aksamitka wyniosła z kremu pod oczy tej samej Firmy Fitomed. I to wszystko są naturalne produkty bez parabenów. Gwarantuję, że przez ich zastosowanie twój chwilowy dramat zamieni się w radość.
    A na tej prelekcji oczarujesz wszystkich nie tylko świetnym przygotowaniem merytorycznym, ale wyglądem świetlanym.
    Tylko zacznij stosować już od dzisiaj i codziennie o tych kosmetykach pamiętaj. I koniecznie zadzwoń czy pomogła ci ta moja konsultacja.
  • Dziękuję ci Stara, ja Fitomed w domu mam, od ciebie dostałam, tylko jakoś zapomniałam i nie stosowałam. Teraz zaczynam od razu.

Po trzech tygodniach Agata zadzwoniła do Starej Kobiety... sukces, sukces na całej linii... tej merytorycznej i pod oczami i czerwone linie naczynek też jakby się wessały. Taka jestem świeża i wypoczęta. Rzecz najważniejsza - zwolnił inny ważniejszy szef, tego mojego szefa drania, pośrednio to on też miał udział w rozpoczęciu Fitometu stosowania.


PS. Pięknej, młodej i szlachetnej Izie, która bardzo mi pomogła na razie bardzo dziękuję... a więcej będzie w następnym poście.

*A jeśli już zdecydujecie się na wizytę u dermatologa... zachęcam wcześniej do zajrzenia na stronę: https://drogadosiebie.pl/lekarz/dermatolog/ , gdzie uzyskacie wszystkie potrzebne informacje przed wizytą :) 

poniedziałek, 28 listopada 2016

Ballada o Kretynce, co kretynieć nie chciała sama.

Koszt stylizacji - 65 zł (sh)

Kretynka jedna, całkiem niebrzydka i do tego majętna właśnie skończyła 51 lat. I koniec, i basta nie chcę kretynieć sama, muszę sobie poznać jakiegoś Kretyna miłego, co by tak myślał jak ja i wypełnił mi kretyński życia czas.
Dała do prasy ogłoszenie. "Treść mniej więcej była taka: Kretynka blond, wykształcona szalenie, z poczuciem humoru ponad przeciętnym, pozna Kretyna wysokiego w latach dla niej przystępnych, koniecznie wesołego, bo chce być z kimś na dobre i złe, a obecnie jest wdowa, i nie chce tak dalej żyć."
Odpowiedzi na ogłoszenie było wiele i żadna z tych osób Kretynce nie odpowiadała. Zdarzył się wysoki jegomość, co mierzył metr sześćdziesiąt trzy. Wykształcony urzędnik, co "umówmy się" pisał otwarcie przez u otwarte. Był pan co szukał mieszkania i tylko dlatego szukał Kretynki, co by się na ten numer nabrać chciała. Był też poeta, co nie pracował, bo się mamą zajmował, a ona miała wysoką emeryturę i to mu zupełnie wystarczało. Tylko przez tą opiekę czasu miał na to pisanie poematów i bzykanie na gitarze za mało i szukał Kretynki, co by mu w tej opiece pomagała, a przy okazji seksem uraczyła, bo on bardzo wyposzczony, i nie długo by zapomniał jak by to mogło być z jakąś Kretynką. Zdawało mu się, że taka prawa wdowa, nie rozwódka żadna, to będzie idealna Kretynka i do opieki nad starą matką, do łóżka, i zapełnienia pustego portfela.
Kretynka choć nad losem jego bardzo bolała, piosenek na jej cześć wyśpiewanych pod jej balkonem wysłuchiwała, to do tego mezaliansu się nie wpisała.
Aż nagle, 2 lipca to było 2008 roku Pańskiego zadzwonił telefon Kretynki, a w nim miły i uprzejmy głos poinformował, że jest jeszcze jedna odpowiedź na ogłoszenie nr 402 łamane na 8, czy to pani jest beneficjentką tego ogłoszenie... nawijał nadal kobiecy głosik.
  • Tak, to ja... będę w niespełna godzinę i odbiorę odpowiedź na ten mój anonsik.
  • Proszę przyjechać na pewno, bo to ostatnia koperta, kończy się czas przechowywania dla pani listownych odpowiedzi.
Kretynka przywdziała białą, na ramiączkach sukienkę, a że słońce świeciło, ale i deszcz jednocześnie padał, narzuciła jeszcze różową w niebieskie kwiatki (z zielonymi listkami, żeby nie było) pelerynę. Nogi obuła w gustowne , na słupeczku białe klapeczki, w wielką białą torbę wrzuciła portfelik, gdzie był skryty jej przyznany numerek 402 łamane na 8.
Właśnie z przed nosa Kretynki uciekł autobus, ten, który dowieźć miał ją na ulicę Skrytą, do Biura Ogłoszeń, gdzie Kretynka złożyła swoje zawiadomienie, które ukazało się w prasie, że bardzo jest chętna na poznanie Kretyna.
Ech, tam... 20 minut czekania na następny autobus... szkoda czasu gdy tam być może w liście do niej pisze jakiś wybitny Kretyn, którego ona tym razem będzie chciała.
Ruszyła więc pieszo sprężystym krokiem (taki wówczas miała) i w niecałe piętnaście minut już w rękach najpierw kopertę, a później pocztówkę z obrazkiem nomen omen z jej peleryny wziętej, czytała: Wysoki, łagodny, czuły, opiekuńczy i zadbany R. lat 47.
Czekam, zadzwoń prędko, chcę być tylko kochany. Dzwoń o każdej porze 5..- 6..- 7..
Kartka zaiście identyczna jak deseń jej peleryny, pismo ładne, równe okrągłe i te słowa krótkie, ale wiele mówiące.
Co tam, zadzwonię... czuję coś, że to Kretyn może być mój.
  • Hallo, Dzień Dobry mówi... - nie zdążyła dokończyć zdania Kretynka, gdy ten w słuchawce głos przerwał jej w pół i już umówić się chce na randkę, koniecznie dziś, bo dziś ma wolne, samochód właśnie rejestruje i na ten czas w pracy urlop wziął, a mieszka w innym mieście, choć niedaleko stąd, ale do jutra doczekać się nie może więc prosi o dziś. To słowa wypowiedziane przez Kretyna były.
To po prostu nie strumień, to rzeka wylanych była słów, więc mu odmówić nie umiała i ustaliła, że za trzy godziny u niej, w ten sam dzień.
Kretynka nie bała się do domu wpuszczać obcego Kretyna, bo w jednym z wielu pokoi w swoim obszernym mieszkaniu interesantów, w związku z wykonywaną pracą przyjmowała. Więc lęku w niej nie było żadnego, tylko ciekawość i podekscytowanie.
Wpadła do domu jak burza zmieniła sukienkę na lilaróż, luźno spięła klamrą włosy, włożyła granatowe, wysokie szpilki, na szyi złoty łańcuszek z iskrzącym się serduszkiem, na ręce gruba, złota bransoletka i zegarek wyższej marki z prawdziwymi diamencikami, które oznaczały godziny. Takie same diamenciki malutkie w płatkach uszu skrzyły.
Tak przygotowana, usiadła wygodnie w fotelu i czekała aż wskazówki zegara wskażą godzinę 17-stą. Wszystkie inne spotkania poodwoływała.
Siedziała Kretynka i wzrokiem omiatała, to wielkie drewniane (nie żadne tam sklejkowe) biurko, za nim skórzany, beżowy fotel. Na ścianie witryny szklane z książkami, na drugiej, tuż przy wejściu komoda z szafkami i szufladami. Po środku, do kompletu owalny stolik kawowy i jeszcze jeden fotel i sofa w tym samym beżowym kolorze. Na oknach francuskie firany z haftem przepięknym na dole. I kwiaty, kwiaty oczywiście wszędzie, gdzie tylko możliwe. Świeżo odnowione jasne panele częściowo okryte były pomarańczowo-beżowym dywanem, w narożnikach, którego wyrastały swą grubością mięsiste tulipany. Trzeba przyznać miała gust Kretynka. Każdy kto do niej przyszedł, dobrze się u niej czuł i ona też to czuła bardzo wyraźnie. Satysfakcję miała , że jej otoczenie aprobuje jej gust i to jaka jest dla ludzi.
W takim to entouragu oczekiwała Kretynka na swojego nieznanego bliżej Kretyna.
Dzyń, dzzzyyń... dzwonek u drzwi i spojrzenie na zegar... 17-sta, uświadomił jej, że za chwilę pozna czy okrągłe zdanie z ładnej kartki, pisanej zgrabnym pismem znajdzie odzwierciedlenie w tym, co za chwilę zobaczy gdy otworzy drzwi.
Otworzyła.
Mimo, że Kretynka nie z tej partii nieśmiałych, to twarz jej na moment przybrała kolor sukienki (lilaróż).
Przed nią stał wysoki facet, nieco pochylony, z ramionami wciągniętymi jakoś do środka. Czarne niegęste specjalnie włosy, z przyklepaną w przedziałku równą grzyweczką, a pod długim, prostym nosem... wąs. Czarny wąs, czyli nieogolone włosy pod nosem. Na szczęście ów wąs nie wykręcał się na końcach tylko był prosto przycięty.
Żeby to wszystko zauważyć Kretynka musiała popatrzeć do góry, choć sama w sobie nie jest mała ma metr i siedemdziesiąt wzrostu, a do tego była na 12-centymetrowych szpilkach.
Z tej swojej wysokości zobaczyła czarne jak smoła oczy, tęczówka zlewała się ze źrenicą, a przecież jak się później dowiedziała, to oczy te były piwne (ale to chyba z tych piw ciemnych raczej).
Ubrany schludnie... koszulka w granatowy paseczek, spodnie koloru wielbłądziego (camel to chyba się nazywa) na nogach nowiutkie, granatowe szturmówki i ręce kształtne, i paznokcie przy nich zadbane.
Ledwo wszedł, po mieszkaniu się porozglądał. Był miły, taktowny i bajki (jak się później okazało) opowiadał. Niektórych nie chciał poruszać, bo jak twierdził nie wolno mu się denerwować. Zauroczył się Kretyn Kretynką. A ona też była nim urzeczona, choć on niewiele ponadto, że zakochał się od pierwszego wejrzenia w Kretynce – mówił. A to Kretynce widocznie na tą chwilę wystarczyło. Spijali swą słodycz z kretyńskich dziubków. Zwłaszcza Kretynka nim nacieszyć się nie mogła i wychwalała, go wszędzie i wszystkim, a Kretyn robił swoje i korzystał u niej, z niej i wszystkiego jej jak najbardziej mógł.
80 dni od tego pierwszego spotkania Kretynka D. Wesoła wzięła ślub z Kretynem R. Niepojętym. Bardzo cichutko na sali przysięgał, że będzie ją kochać i chronić, i nie opuści w złym. Za to Kretynka donośnie i wyraźnie to samo przyrzekła mu.
Wszyscy najbliżsi, przyjaciele mówili do Kretynki, by zaczekała, zastanowiła jeszcze się, bo on nie jest taki Kretyn jak się wydaje, to jest po prostu człowiek zły. Nie z nim i przy nim powinnaś swe kretyńskie życie wieść.
  • To burak jest, nie zna się na żartach.
  • Nie widzisz, że cię nie szanuje
  • Nie widzisz, że cię wykorzystuje
  • Nie widzisz, że kłamie i okrada ciebie również też
  • Nie widzisz, że on do ciebie nie pasuje
  • Nie widzisz, że przestałaś się śmiać odkąd go poznałaś
  • Przyjaciele nie chcą patrzeć na twoją zbolałą twarz
  • itd. Itp.
Kretynka nie słuchała, poślubiła Kretyna. Goście musieli się z tą kretyńską decyzją Kretynki pogodzić, choć wiedzieli, że skończą się już u niej szampańskie zabawy i rozmowy do nocy, bo Kretyn taki odludkowaty raczej był. Potem wiele się działo, a w reporterskim skrócie ... to było tak, on tylko wygody, seksu, pieniędzy chciał... czułość, opiekuńczość dla innych miał. Do tego skrywał potworną tajemnicę z nożem, krwią i patrzeniem przez metalowe kraty. Od Kretynki tylko brał.
Kretynka już w pewnej chwili nic nie miała, a to co miała posprzedawała, bo jej to były rzeczy i o te rzeczy, i o Kretyna (bo jego wyrzuciła) zmniejszyła swój świat.
Zmieniła miejsce i rzeczy, nie wymieniła Kretyna na innego. Kretyn nie był Kretynem, za którego się podawał, to był oszust, kłamca, hipokryta i obłudnik, damski bokser, niewierny ludziom i zasadom cham, który jeszcze do tego wszystkiego nie umiał się śmiać.

Teraz udawany Kretyn jest sam. Mówi, że wie iż popełnił błąd i chce wrócić (nie naprawić) i już będzie wymarzonym Kretynem.
Nie – powiedziała stanowczo Kretynka – nie uwierzę ci już, a poza tym ja już nie jestem Kretynką. Wszystko dzięki tobie Oszukańczy Kretynie.





niedziela, 27 listopada 2016

Brak biletu i co z tego wynikło?

Ogólny koszt stylizacji - 60 zł (Sh)

Aneta wsiadła do tramwaju i przysiadła na pierwszym wolnym miejscu, przy wejściu, bliżej okna.
  • Ma pani może bilet? - usłyszała nad głową. Głos należał do wysokiego mężczyzny, na oko lat pięćdziesięciu... znacznie poirytowanego.
  • Nie, nie mam niestety, nie jeżdżę na bilet – odpowiedziała zgodnie z prawdą Aneta.
  • Aaa... seniorka? - zapytał z lekkim zdziwieniem (może niedowierzaniem,  ale takie to piszącej pocieszenie)
  • Nie, nie seniorka... czy ja wyglądam na 75 lat, żeby jeździć bez biletu – zapytała nabzdyczona, ale szeroko się uśmiechając (choć ten uśmiech miły nie był)
  • To jak jeździ pani bez biletu? - kontynuował pytanie
  • Mam bilet elektroniczny, imienny, nie mam papierowego, który mogłabym panu odsprzedać. Pan zapyta kogo innego - jednym ciągiem odpowiedziała Aneta jednocześnie bacznie przyglądając się skonfundowanemu brakiem biletu facetowi.
    Miał dość ładne rysy, kiedyś ciemne włosy, teraz równo zmieszane z siwiejącymi, ale złociście bardziej niż srebrzyście. W dużych wypielęgnowanych dłoniach trzymał pęk kluczy (rozpoznała, że to samochodowe) i drobne pieniądze, które ciągle mu się z dłoni wysuwały, a on je umiejętnie chwytał. Teraz zauważyła, że jest w samej marynarce, w koszuli i pod krawatem, gdzie wszyscy już w kurtkach i płaszczach chodzą. Nie wspominając o szalach i rękawicach.
    A on taki wyrwany jak nie z tego świata pogodowego. Zwłaszcza, że na dworze jeszcze mżawka.
  • Wszystkich już przepytałem, nikt nie ma – zrezygnowanym tonem, przerwał jej obserwację pan z kłopotem biletowym i przysiadł przy niej, na wolnym siedzeniu.
  • Daleko pan jedzie, może się uda i kontroli nie będzie – pocieszała go Aneta. Nie raz była w tej sytuacji, przedtem nim postanowiła, że wykupi na stałe bilet i będzie go według potrzeby doładowywała. Pan siedział podłamany i tylko kiwał głową.
    W skulonej pozie – pogodzony, że nic się nie da już zrobić, a nerwy nic nie pomogą, prowadził monolog o komunikacji, która nie dba o takich jak on i biletomatu w autobusie nie ma.
  • Wezmę pana przejazd na mój bilet, proszę mnie przepuścić, to odbiję w tej pomarańczowej skrzynce i nie będzie się pan musiał stresować... tylko ja przystanek przed pętlą, przy Warzywnej wysiadam i wtedy już będzie musiał radzić sobie pan sam – Aneta wstała i przytknęła niebieski kartonik do elektronicznej puszki.
  • Super... ja też tam właśnie jadę i na tym przystanku wysiadam.
    Pan był oniemiały, ale uszczęśliwiony, bardzo dziękował i wnet się rozpromienił.
  • Ile jestem pani winny? - i zaczął wciskać jej w ręce mokre już od nerwowego trzymania w ręce grosze.
  • Dobrze jest, nie trzeba, to drobiazg – uśmiechnęła się szczerze zadowolona Aneta
  • Nazywam się Marek Itaki. - wyciągnął prawą dłoń w kierunku dłoni Anety, przedtem przełożywszy z niej kluczyki i drobne do drugiej ręki.
  • Aneta Owaka – przedstawiła się również Aneta i odwzajemniła mocnym uściskiem podaną rękę Marka Itakiego.
  • Mam dzisiaj okropny dzień, od kiedy żona mnie dla młodszego, nie, nie ode mnie ... od niej młodszego, a ona ma 35 lat... zostawiła, to wszystko zapominam, jestem pogubiony. W mieszkaniu zatrzasnąłem klucze, a mam tylko jeden komplet. Samochód odmówił mi też posłuszeństwa i teraz jadę po jego odbiór. Telefon został w samochodzie. Zresztą nie mam przy sobie też portfela, bo on też został w schowku. Te drobne to jakoś zostały mi w kieszeni z wydawanych reszt – kontynuował jednym tchem Itaki.
    Do zakończenia były jeszcze 4 przystanki, kiedy głośnik w autobusie zapowiedział drewnianym głosem... kontrola biletów, proszę przygotować się do kontroli biletów.
  • O słyszy pani, jak dobrze, że panią spotkałem, jedno dobre co mi się dziś wydarzyło – podekscytowany Marek Itaka, na ciągle tym samym oddechu odezwał się do stojącego już przy nim kontrolera - ja, ja jestem z tą panią, znaczy ta pani jest ze mną. Strzelił jak z karabinu, nieco zmieszany.
  • Dziękuję bardzo, życzę państwu miłego dnia – oddając kartę Owakiej, pan z MPK odezwał się miło.
    Na te słowa Itaki spojrzał na Owaką zalotnie i powtórzył: życzę państwu miłego dnia. Słyszała pani, pani Aneto, życzył nam miłego dnia.
  • Taki sympatyczny zwrot, życzyć komuś miłego dnia – zareagowała życzliwie Aneta.
  • Ale on nam życzył, nam razem, może myślał, że my razem, no pani wie, że się dobrze znamy i razem itp. - rozgadał się Itaki.
  • O kurczę – wzdrygnęła się Aneta – przejechaliśmy przystanek, teraz pętla i trzeba będzie jechać jeden z powrotem.
  • To super – ucieszył się Marek – weźmie mnie pani na siebie przez jeszcze jeden przystanek, a ja potem odwiozę panią, gdzie będzie trzeba samochodem.
    I może dałaby mi się pani zaprosić na kawę i ciacho. Będzie miło, obiecuję, że obojgu, nie tylko mnie.
  • Z seniorką chce pan spędzić jeszcze czas? - wypomniała mu pierwsze słowa Owaka.
  • Ależ przepraszam, nie tak myślałem, byłem zdenerwowany i pani mnie zdziwiła, że bez biletu...., żeeeee. Niech mi pani wybaczy, nie da się prosić, pani taka piękna i dobra, i wygląda tak naprawdę, najwyżej na 50 lat.
    Owaka zmrużyła oczy złowieszczo i sycząc (niby) przymilnie zapytała – na ile? Na ile wyglądam?
  • Czterdzieściiipięęęęć – ni to twierdząco, ni pytająco wydukał zmieszany Itaki obawiając się, że znowu popełnił nietakt jakiś. Szybko dodał – ja mam 52.
  • A ja tak naprawdę mam 59 lat, myśli pan, że będzie to jeszcze miły dzień dla pana – z rozbrajającym uśmiechem, unosząc brwi do góry – odrzekła Aneta.
  • Nieważne ile lat masz Aneto... mnie się z każdą chwilą podobasz więcej, więc może nie przy kawie, tylko gorącej czekoladzie rozwikłamy wszystkie kwestie, trochę już mi zimno w tej samej marynarce. A jak jeszcze długo mam cię przekonywać, że mam dobre intencje? Mam iść taki długi przystanek pieszo... przecież mogę się przeziębić, a tego na pewno byś nie chciała – do tego wywodu Marek dodał szelmowski uśmieszek.
    Po 40 minutach siedzieli na żółtej kanapie w przyjemnie urządzonej cukierni połączonej z niewielką kawiarenką. Rozmowa na początku dla obu stron była lekko deprymująca, ale z każdym łykiem czekolady, kęsem pierniczka ze śliwką, orzeszkami i, a jakże czekoladą... nabierała tempa.
    Czas mijał szybko, a oni byli ciągle jeszcze nienagadani. Aneta dyskretnie zerkała na zegarek i Marek robił to samo, ale żadne z nich jakoś nie chciało wystąpić pierwsze z pożegnaniem.
    Dźwięk telefonu Anety zmienił tą zabawną w sumie sytuację.
  • O muszę już lecieć, już po mnie dzwonią (mhm...akurat...mąż czy jakieś dzieci...) -  skłamała Aneta wiedząc, że tak naprawdę nie było to nic istotnego. 
  • Ja swój wyciszyłem, mam mnóstwo nieodebranych, ale co tam... być tutaj z tobą, to dla mnie ważniejsze. - łagodnie i wydawało się, że szczerze wyszeptał Marek biorąc za rękę Anetę i ściskając lekko.
    Anecie zrobiło się miło, policzki zaróżowiły jej się wstydliwie jak nastolatce przyłapanej przez matkę, na czytaniu Greya.
  • To będziemy się zbierać... wstała jako pierwsza i w jednej minucie już w płaszczyk była przywdziana.
  • Podasz mi swój numer telefonu, chciałbym móc do ciebie zadzwonić i spotkać, a jak wiesz raczej nie jeżdżę MPK więc szanse marne na takie powtórne spotkanie, a chciałbym tyle ci jeszcze opowiedzieć, i ty ciekawisz mnie bardzo.
    To jak będzie? - zapytał Marek Itaki wyjmując telefon, żeby wpisać numer.
  • 5.. - ... - 6..- wyrecytowała bez zastanowienia Aneta.
    Za chwilę usłyszała melodyjkę w swoim telefonie Aneta, to oddzwaniał Marek
  • To jest mój numer, żebyś też miała, ten telefon zawsze odbieram, będę czekał, albo nie, nie będę czekał, ja pierwszy zadzwonię. A teraz odwiozę cię do domu. - to mówiąc ciągle patrzył na nią życzliwie aczkolwiek przenikliwie.
Aneta Owaka wchodziła jeszcze po schodach do swojego mieszkania gdy zadzwonił jej telefon. Odebrała machinalnie nie spoglądając na numer. - już idę, już jestem na schodach, wszystko dobrze, to był fajny dzień – wypowiedziała radośnie do słuchawki.
  • Już idziesz do mnie, już jesteś na schodach i jesteś radosna. Cieszę się bardzo – to nie był głos córki, to męski był głos. To Marek Itaki dzwonił. Śmiał się serdecznie.
  • Mówiłem, że pierwszy zadzwonię. To na kiedy się umawiamy?
  • ???... nie wiem. Zaskoczyłeś mnie, jeszcze nie weszłam do domu.
  • Jestem jeszcze tutaj na dole, siedzę w samochodzie i myślę. Myślę, że to dobrze, że zatrzasnęły mi się te drzwi i samochód się zepsuł, i najważniejsze to, że jechałem tym tramwajem i nie miałem biletu. I jeszcze, jeszcze jedno... ale to, to powiem ci jutro. Proszę byś jutro znalazła dla mnie czas.








czwartek, 24 listopada 2016

Listopadowo, alfabetycznie i uczuciowo



A – Apatia coś co zdarzyć się może zwłaszcza, gdy wieczór się robi chwilę potem jak słońce wschodzi. Ale trzeba cel swój mieć (czekoladę zjeść, uśmiech na twarz i szybki do tramwaju bieg – taki domowy sposób by zwiększyć w organizmie poziom serotoniny), i wtedy nawet w ciemności do celu idzie się pchać, żeby później cieszyć się, że do długiego letniego dnia dotrwać się udało. Te rady daje ktoś, kto dobrze wie jak to czasami nie chce się i wszystko dookoła wydaje się nieważne i mdłe. Trzeba siąść przed lustrem, pogadać z jedną najbardziej przyjazną nam osobą i ...i dogadać się.
B - Banalnie szybko i prosto wszystko się staje banałem, więc nie ma co przed nim uciekać, wstydzić i potępiać. To co myślę, piszę, to już było, ale jeśli nie ja, to ktoś inny wyrazi mój pogląd może taki sam, lub trochę inny. Takie to banalne, że wszystko się powtarza.
C - Ciekawość, to może głównie dla niej, ludzie ze sobą są, a potem może minąć zaledwie parę lat i już zaspokojeni wiedzą są tą. I tylko uciec przed dalszą jak najszybciej chcą. Mnie już taka ciekawość też minęła i w moim sercu usnęła. I nie pozwolę się jej obudzić.
D - Dobroć  - otwiera serca bez warunków i nie wystawia rachunków, chyba, że jest hedonistyczna i podaje ci swój numer konta, bo... wiesz dzisiaj nic nie jest za darmo... wszystko ma swoją cenę, takie czasy. 
E - Ekshibicjonizm to taka bezwzględna szczerość. Trzeba uważać tylko, by ktoś od jej ujrzenia po prostu nie uciekł. To jest cienka granica (patrz na G) i nie chciałabym jej przekroczyć, ale czasem mam taką chęć by... ale wtedy przychodzi opamiętanie (patrz na O)
F - Fantazja, to swoista, barwna konfabulacja, która jest piękna gdy komuś innemu nie szkodzi. Fantazję zawsze miałam w słowach, czynach i posunięciach. Raz i nie dwa tak się w swych możliwościach fantazyjnych posunęłam, że do dzisiaj odczuwam to... psiakość.
G – Granice... wszystko ma swoje granice, oprócz czasu. Otrzymanie od kogoś w podarunku czasu byłoby podarunkiem nieograniczonym i ponadczasowym.
H – Hedonizm to postawa, żeby brać z życia wszystko to co najlepsze, zjeść ostatni kawałek tortu nie myśląc o tym, że ktoś jeszcze nie posmakował, a to wszystko z przemyślenia płytkiego, że jeśli ja będę szczęśliwy to i inni obok też powinni. Czy jest to coś złego? Nie oceniam tego, bo znam jednego takiego i nawet lubię go. 
I – Irytacja często przeradza się w gniew, więc unikam, zmieniam stanu rzeczy bieg by nie ulec jej, bo złość zmarszczki tylko żłobi, a nie w tym jest rzecz by szkodzić sobie przez do kogoś gniew.
J – Jak to będzie... how it will be.... nie zadaję już sobie tego pytania, biorę to co przynosi dzień i tak redukuję zmartwienia.
K – Kaprysy – to zachciewajki w rodzaju poziomki zimą, albo krokodyl w prezencie dla lubej. Kaprysy są takie kobiece. Kiedyś je tak dla zabawy miewałam. Wtedy ktoś był, żeby je spełniać. Teraz jestem sama, ale dla swego odczuwania kobiecości kapryszę sobie i się zadawałam. 
L – Luksus... dla każdego miarkowany jest inną ceną i co innego znaczy. Ostatnio zrobiłam sobie luksusowe, pachnące mango, domowe SPA, zapaliłam sobie pachnącą też mango świecę, wychyliłam kieliszek wina i czułam się bosko. Dla kogoś to będzie wypasiona bryka, albo zwyczajnie kanapka z szynką...
Ł – Łzy ze śmiechu bardzo wskazane. Często mi się zdarza ze wzruszenia, bądź śmiechu puścić z oczu potok łez. Wyglądam potem śmiesznie i wtedy jest śmiech. Łzy mogą być oczyszczeniem z emocji, ale tez wybawieniem gdy tocząca się po policzku łza uratowała życie podłączonej do respiratora, kobiecie z książki "Ocaliła mnie łza" Angiele Leby.
M - Miłość na początku pachnie kwiatami w wazonie, a później, z latami pietruszką w rosole i tak może narodzić się malkontenctwo (też na M). Na szczęście lubię pietruszkę, a malkontenctwo mi nie grozi, bo jestem na nie od dnia urodzin, zaszczepiona. Usta mojej mamy bez przerwy się śmiały, aż tata tego nie wytrzymywał i chodził na ryby, bo one go swoim milczeniem uspokajały.
N - Namiętność wywraca wszystko do góry nogami, zaburza spokój, nie daje spać i wtedy czujesz jak piękny jest taki przewrócony świat. Zaburzenia wzroku i słuchu od tego miałam, i nim się zreflektowałam w USC wylądowałam. Potem też z namiętności wylałam może łez i bez złości, żeby nie uszkodzić swej piękności wylałam drania z trzeciego piętra w dół. Niech sobie sam tkwi w swej podłości. 
O – Odwrócić czasem się należy, gdy innym na tobie nie zależy, i lepiej samemu w drogę dalej iść niż niezadowolenia czyjś worek dźwigać. Tak zrobiłam i szybciej idę, bo nie oglądam i nie martwię się o kogoś niegodnym u mojego boku towarzyszenia.
P - Przeżycia dobre i złe, to coś co możesz opowiedzieć, i wtedy historia tworzy się właśnie. Miej w niej udział znajdź czas i ludzi, żeby wyznać koleje jej. Stąd opowiadam ludziom życzliwym mi jak to onegdaj było i co z tego dobrego, a co złego wynikło.
R - Romantycznie czyli patrz na N, M, T, U, D, zapal świece, podaj wino i dobre jedzenie, i zapach... zapach koniecznie, który lubisz. Bądź spontaniczna, zapomnij o złym w pracy szefie. Wtedy jest romantycznie.
S - Słowa to nie to co mówimy, co słyszymy, to - to, co przeżywamy dzięki nim i podzielić z innymi tak łatwo możemy. Tak zwracam się do ludzi napotkanych i do tych, z którymi blisko jestem bardzo... tak do nich gadam, jakbym chciała, żeby oni do mnie mówili. I niezależne czy to ktoś ważny bardziej jest czy mniej, do wszystkich mam szacunek, bo to ludzie są. Nawet ostatnio spotkałam drania (z punktu N) i mu serdecznie dłonią pomachałam. Swoją drogą to były "jaja", bo ja w szybę tramwaju zapukałam będąc na zewnątrz, a on siedział w nim. Tramwaj ruszył z przystanku, a on minę miał... ho,ho. Można by rzec, że wiele bym dała, żeby jeszcze raz zobaczyć takie ogłupiałe spojrzenie. ha..ha..
T – Tęsknota to spoiwo miłości. Rodzi się wtedy gdy tej osoby długo nie widzisz, nie słyszysz i nie dotykasz, wtedy ten brak wzmaga uczucie miłości, albo przeraża. Mnie tak przeraziła tęsknota, gdy sobie uzmysłowiłam, że nie dotknę już szorstkiej dłoni mojej babci, a ja wtedy tak bardzo, jak nigdy wcześniej jej potrzebowałam. Ciągle tęsknię i ta lista jest coraz dłuższa. 
U -  Uśmiech to uniwersalny środek porozumiewania się obojętnie w jakimś miejscu na świecie się jest i tu nie będę się wymądrzać, choć o uśmiechu wiele wiem, bo korzystam z niego ciągle. Pójdę na łatwiznę i polecam gorąco książkę Piotra Szaroty "Uśmiech instrukcja obsługi"
W - Wielkość prawdziwa jest skromna i pokorna. To mieć klasę, nie wywyższać się i szanować innych, jak siebie. To takie proste i trudne zarazem. Główny bohater książki "Paradoks" Igora Breydyganta... inspektor Marek Kaszowski  nie ma w sobie pokory, ale dzięki temu czyni dobro i jest Wielki.
Z - Zawiść ... imion żeńskich i męskich ma wiele... trzeba wyplenić je jak chwasty z ogródka życia swego. Zrobiłam to późno, choć ciągle nowe spotykam, ale już nie czekam, żeby wyrosły, od razu wrzucam do spamu.
Ż - Żart jest dobry na każdą okazję, jest najlepszym saperem, gdy rozbroić złości bombę trzeba. To on mnie w trudnych chwilach wspomaga, gdy sama jak bomba odbezpieczona tykam, bo ktoś chce głupszą (wprost oczy) ze mnie jeszcze bardziej zrobić niż już jestem (wmawiając, że ja wielbłąd jestem... siodło mam sobie kupić specjalne, czy co).
Y – Yeti... zwierzę, a może człowiek, nie wiadomo czy istniał czy nie, ale żyje przez opowieści i po to one są (patrz na P).



środa, 23 listopada 2016

Bajka o Starej Księżniczce, wróżce LIREN i Mango.

Źródło: sklep Lirene.
Za górami, za lasami, za wielkimi aglomeracjami w Pewnym Mieście mieszkała Stara Księżniczka. Na głowie zamiast złocistych loków, to siwiznę coraz większą miała, ale zastosowała jedną z czarodziejskich farbek od magika Garniera czy innej Palette i blaski we włosy wróciły. Kiedyś młoda, piękna i zamożna księżniczka. Młodość zabrał jej czas, urodę sprzymierzone z czasem szaleństwo brawurowego życia, a majątek diabli wzięli (znaczy, znaczy dała się zrobić w klacz). Z tej wyliczanki zostało jej tylko "i". Ciągle jednak w swej głowie księżniczką była "i" i chciała choć na chwilę jeszcze zatrzymać czas. 
Od swej przyjaciółki z młodych lat dowiedziała się, że wiele może i bardzo pomoże wróżka o pięknym imieniu LIRENE. 
Trochę ze skarbca trzeba wyłożyć, ale warte to złoto by piękną być jeszcze choć trochę.
Nie mam już skarbca  - zmartwiła się Księżniczka Stara, ale mam świnkę różową  z takimże ryjkiem i ogonkiem zakręconym...delikatnie ją rozbiję, by nie narobić większej szkody i z uzbieranych groszy, pozbieram do... w sensie razem, swą urodę.
Jak postanowiła tak uczyniła, zebrała cała kasę. Część odłożyła na żarówki w przekonaniu, że wróżka LIRENE tak odmieni ją korzystnie, że z radością przy pełnym świetle oglądać w łazience się będzie.
I stało się... wieczorem kremik z czerwonego pudełka wygładził w nocy książęce lico.
Dla wzmocnienia i uzupełnienia z czerwonego innego pudełka wklepała kremik, co wzrok chyba jej osłabił, bo jakoś z marszczki przy ustach nie zobaczyła. Nic nie napisali, że na oczy też działa... a to chyba skutki uboczne działania. Potem  z niebieskiej tubeczki zielona baza na naczynka upiorne na skrzydełkach przy nosie i jeszcze kawałek dalej. Iście czarodziejskie to mazidełko sprawiło, że księżniczka przez moment wyglądała upiornie. Ale to był momencik, sekundka dosłownie nim podkładem pudrowym z okrągłej buteleczki zrobiła sobie cerę jak z reklam (dwudziestolatek, co starsze udają). Przypudrowała ten obraz, coraz bardziej znakomity sypkim puderkiem. Nałożyła go delikatnie gąbeczką w dotyku miluchną. Przyczerniła brwi i rzęski. Na koniec pomadka czerwona. I JEST...zupełnie inny obraz jest. Co by tu zrobić jeszcze by zszedł za szybko. I tu wróżka LIREN pomyślała...cudowną mgiełkę, co gdy twarz spryskasz to wszystko się długo na twarzy trzyma i tak od razu  piękno malowane nie przemija.
To cud największy, że deszcz pada, jak księżniczka z Jaguara wysiada (znaczy MPK), a tu maska piękna nie spada.
- Dziękuję Ci wróżko LIRENE, że tak mnie odmieniłaś i zadowolenie zapewniłaś.
I jeszcze jedno LIRENE... sąsiadka, ta z pałacu L... mnie nie poznała, spojrzała jak na coś ładnego, bo zwykle patrzyła jak byk na zgniła pyrkę.  HUURRRAA......HURRRA.. O tych Twoich cudownych mazidłach dokładnie w innym czasie, i innych stronach napiszę. - napisała do wróżki LIRENE – Księżniczka Stara.
Chwilę pomyślała i przypomniała sobie sobotni wieczór jak to jej zmysły posłodził zapach owocu mango. I bynajmniej nie o wyborną sałatkę z słodkiego owocu, jedzoną tuż przed snem tu chodziło. Chwyciła za pióro i do wróżki do listu jeszcze te słowa dopisała:
Weszłam do swej książęcej wanny i nacisnęłam tubkę z napisem Mango - peeling ujędrniający, modelujący, skórę napinający i jeszcze uelastyczniający. Bajka myślę sobie, ktoś bajki pisze, ale nim się nad tym zastanowiłam, to z tubki onej strużka żółciótka i grubiutka żelu wypłynęła. Pachniało w całej książęcej toalecie jak w sadzie kwitnącym. I to żadna bajka, zapach unosił się przecudnie i wtedy wzięłam swój mały, delikatny bawełniany ręczniczek, i nim w całe ciało żel z tubki wcierałam i rozmasowywałam.  Widziałam jak skóra ma książęca, jeszcze od lata opalona zostaje na bieli wanny przylepiona. A ja bielutka, mięciutka coraz bardziej. I nawet jak wytarłam się mocno białym ręcznikiem, to byłam jeszcze nawilżona. Taka pachnąca i świeżutka od razu skuliłam się zadowolona i buch do równie czystej pościeli. Ten zapach towarzyszył mi aż do rana. Dobrze mi się spało w mej nowej skórze. Takie było luksusowe sobotnie wspomnienie. Jeszcze nie raz i nie dwa, zrobię sobie takie pałacowe mini SPA (i polecę nawet tej z pałacu L, może spojrzy na mnie łaskawszym, nienaburmuszonym oczkiem).
To naprawdę przyjemność książęca, a rezultaty z wyższej, królewskiej wręcz półki.
Dziękuję Ci, że jesteś wróżko LIRENE.   

poniedziałek, 21 listopada 2016

Jedzenie jabłka, uzębienie i motywacja.


Ostatnio siedząc w kolejce u dentysty dowiedziałam się, że ta młoda dziewczyna z zębami równymi, jak z reklamy pasty... to ma je za mnóstwo kasy. A ja? Ja je mam bez nadzianego portfela... z natury, no i jeszcze z bohaterstwa, i genetycznego wstrętu do rozwoju fizycznej kultury. Nigdy nie bałam się dentysty. Nawet w podstawówce, gdy gabinet od zębów leczenia był, to ja tam  pierwsza w kolejce stałam, żebym się na wf nie załapała. Korzyść z tego taka, że zęby do dziś mam swoje i naprawione. Rozróżniam też odcienie zielone, bo pani doktor od zębów już wtedy używała do paznokci kolorów tylko zielonych  różnej intensywności (ten lakier był chyba z Zachodu, bo skąd on znalazłby się w tym czasie w Polsce, a to 50 było lat w tył) Gorzej, że.... .  Teraz już wiem, że zęby to ciągle mam piękne (bez przesadzania)....z tego unikania skakania przez kozioł i po drabinkach się wspinania. Gorzej z kręgosłupem i śmiesznymi ruchami. Ale do tych partner musiałby być, a ja zasługuję jak się ostatnio od miłego sąsiada dowiedziałam... zasługuje pani na to co najlepsze i wtedy (on oczy w słup, tym bardziej, że żona jego nagle, zza rogu wychynęła), a ja w pełni zrozumiałam dlaczego samca u mego boku nie ma następnego... jeszcze. Jakoś myślę, że mam jeszcze na to czas, bo odkąd zarejestrowałam się na Sympatii (upłynął już limit czas), to... to myślę, że nikt odpowiedni się dla mnie osobiście, jeszcze takowy nie urodził.

Jem jabłko winne... własnymi zębami, i jeszcze wiele ich zjem.
I nie tylko dlatego, że zęby mam zdrowe i nie lękam się wgryzać w twardy, i czasem nawet cierpki owocu smak.
Nie dlatego, że lubię jabłka i nie straszne jest mi je gryźć. Wiele ich  jeszcze zjem, bo ja... ja mam motywację. 

Mam motywację do życia, choć może komuś to nie w smak (bo jaka może być w smaku Stara Kobieta... nieważne, która stara.. pewnie gorzka, cierpka i do tego gąbczasta lub jeszcze gorzej łyczasta, jak ta fasolka od pana Frania). 
Chciałam zostać aktorką, albo malarką, taką prawdziwą... najlepiej od kwiatów i łąk. Tatko się jednak na te plany denerwował... nie chciał mieć w domu drugiej Kaliny Jędrusik ( ta zbyt mocno  Dwóm Starszym Panom, tym z telewizora... pokazywała odsłonięty biust), ani innej odmiany malarki (nie) pokojowej (raczej reżimowej), bo na tym  (dając głupi- mym zdaniem- przykład Adolfa Hitlera) niechybnie by się skończyło... złowieszczo wróżył tatek. Tak przez niezrozumienienie natury potomkini, przystało jej faktycznie malować w swym domu futryny, co robiła zawzięcie, gdy jej Luby przysiadłszy na taborecie wskazywał... bardziej w prawo lub lewo, widzę same niedoróby. Aktorskie też role odgrywała, jeszcze w Liceum bywszy, księżną Beatę z Ostroroga grała, co za mąż chciała wydać córkę -  za grubego, starego, ale bogatego imć pana Górkę. Święciła triumfy... aktorzy, niestety św. już pamięci... Stanisław Owoc i Włodzimierz Kłopocki z Teatru Polskiego, którzy ją i innych kolegów do występów przygotowywali, bardzo do wybrania tej drogi zawodowej namawiali. W nagrodę za to, do Warszawy na Balladynę  Adama Mickiewicza, w reżyserii również Adama lecz tych z Hanuszkiewiczów pociągiem pojechała, żeby na scenie zobaczyć jeżdżące motory. Tato sam motorem wielkim jeździł (węgierska Panonia to była) Ale i tak to, do aktorstwa córki go nie przekonało. Tatko nie pozwolił, a wtedy był obyczaj taki, że się rodziców słuchało inaczej (znaczy w ogóle się im nie sprzeciwiało).

No i tak trzeba było przygotować się do innych ról i malować samej swoje inscenizacje, ale inne niż chciała gdy wkraczała w świat.  Na początku były łatwe i piękne... sprzyjała temu młodość, uroda ...gdy mąż, dzieci wesołe i zdrowe, i kariera rozwijająca się błyskawicznie; dom z rozmachem urządzony, a przed nim wśród, wśród wielu Mitshubishi czerwone ... Były też ciężkie role - gdy smutek wkraczał, strata czegoś lub utrata kogoś... te role wymagały wysiłku. Słabych ról - gdy nie było już siły na udawanie kogoś innego... też było wiele.
Reżyser Czas zmieniał role i ich kształt na scenie mojego teatru Życie.
Ja dalej w nim gram.
Jem jabłko winne... gryzę je w zachwycie... tak jakoś śpiewała w piosence Anna Geppert... uparcie i skrycie kocham cię w zachwycie... życie. Kocham cię życie nad życie. 
Mam w życiu koło siebie ludzi myślących tak jak ja i nadzieję mających każdego dnia. W nich są światełka, które nie opuszczą mnie (ja o tym wiem) i dla nich warto o zęby moje dalej mi dbać. To jedna z motywacji, że warto jest żyć bez względu na wiek, urodę i... i dbać o stan uzębienia. 
Bo mocne zęby trzeba mieć, by gryźć jabłko i innym nie dać się zjeść.
I jeszcze jedno oprócz motywacji mam jeszcze satysfakcję. 
Teraz czasu nie mam by opisać ten stan. 
 Jeszcze pełen koszyk jabłek do zjedzenia mam.





sobota, 19 listopada 2016

Pani Aniu, i Aniczko – wyjaśnienie optymistyczne.


Ostatnio, kiedy rozmawiałyśmy, zapytałyście: dlaczego pani ostatnio tak smutno pisze, o Janinie, że nie chce być ofiarą i o Oli, która lubiła kapelusze, a mieszkanie zabrał jej syn..
Muszę przyznać, że to pytanie mnie nie zaskoczyło, ale zastanowiło, bo.....
Nie uważam, że to zupełnie smutne teksty. Jeśli Janina wreszcie, późno, bo późno, ale lepiej to niż wcale przyznaje, że zmienia swe życie, swój stosunek do ludzi i nie chce już być samotna wśród nich... to tylko dobrze wróży jej. Nie będzie niczego udawała, liczyła na lichy gest, stąpała w teraźniejszości nie oglądając się na rzeczy złe, które imały się jej wstecz... to tylko dobrze. Janina postanowiła, że ważne są te dni, które są przed nią i tylko ona jest za ich spożytkowanie odpowiedzialna... to tylko dobrze.
Janina już wie, że nie ma czasu na sprawy i ludzi, którzy nic w jej życie nie wnoszą (miłości szczerej, radości nieudawanej, humoru nie z gazet lecz z serca wesołego płynącego)... to dobrze. I najważniejsze... ma do siebie szacunek, a to ważne jest, bo jest z sobą na okrągło 24 h, dzień po dniu i nie może ze sobą zerwać, na próbę, albo żeby odpocząć od siebie wyjechać na urlop. Niby jak to miałaby zrobić. Musi z sobą na co dzień być i szacunek... do siebie... to dobrze jest mieć.  

Co do Oli... stracić mieszkanie, nie mieć kapeluszy ani małych, ani dużych... trudno... czasem tak bywa... to rzeczy... Rzeczy tak mają, że zmieniają miejsce, właściciela, ubywają, ale one są do nabycia. Stracić syna, człowieka... złudzenia, to jest dramat. Ale... ale Ola wierzy, że on jest szczęśliwy i dla niej, dla matki to jest szczęście właśnie, że może spokojnie już o tym mówić i pamięć tych chwil już mniej ją boli. A jak coś mniej boli to cieszyć się trzeba. Syn Oli jak każdy człowiek na świecie... ze swoimi błędami, ciężkimi grzechami musi żyć i poradzić sobie sam. I nic nie dzieje się bez powodu, bez względu na wiarę i wyznanie, każdy rozumny człowiek to wie, że wszystko jest po coś i na coś, i przyjąć i wybaczyć też trzeba. 
Ola wie, że nie zrobiła nic złego...oprócz tego, że za dużo dawała i za bardzo kochała, zaufała. Ma spokojne sumienie, a to jest też szczęście właśnie. Ma też Ola satysfakcję, że jest tym kim jest mimo, że ciągle ma pod górkę. Satysfakcję trudno włożyć do garnka, ubrać się w nią i ułożyć w pięknym, własnym domku do spanka. Z satysfakcji nie da się wyżyć, ale można mieć z niej radość. A ta jest siłą napędową do tego by trwać. I Ola ją ma. Nawet jeden kapelusz ostatnio dostała tyle, że czarny i trochę mały. 
Od czegoś jednak trzeba zacząć. Nieprawdaż?

Od początku życia wciągamy się dzień za dniem, kolejnymi latami po grubej linie, ciągle w górę... przedszkole, szkoła, studia, praca, kariera, gdzieś w międzyczasie może miłość, małżeństwo, etacik, kariera, dzieci. Lina im wyżej tym cieńsza się zdaje. Przychodzi moment, że się już po niej nie wciągamy tylko w dół po niej spełzamy, a ona jest coraz cieńsza i cieńsza, jak włos. I potem już tylko dzieli nas włos gdy z niej spadamy. Takie jest życie, raz w górę, raz w dół i smutek i radość przeplata się w linie. A smutek być musi. Skąd byśmy wiedzieli co daje szczęście i radość gdybyśmy go nie zaznali. Nic byśmy później nie uszanowali... smutek jest jak lek... a lek dobre ma zadania. I to na tyle by było, moja jedna i druga Aniu.


A'propos.... zapomniałam...

O KOZIE I INDYKU.
Ale jako Stara Kobieta to nie dziwne, że zapomniałam. Mam prawo w tym wieku do zapominania. Ale o czym to ja zapomniałam, o tym będzie za chwilę, bo ja naprawdę znów zapomniałam.Wprawdzie Stary Człowiek w dzisiejszych czasach praw ma niewiele, głównie ma prawo do umierania najlepiej krótko przed emeryturą lub rentą. Ma prawo na wszystko się zgadzać, dziękować lekarzowi, za receptę z uśmiechem uspakajającym (właśnie młodego lekarza), że on już to już wie, że będzie coraz gorzej, lepiej nie będzie na pewno i najlepiej jeszcze młodziaka w rękę pocałować, że raczył spojrzeć na ciało stetryczałe spoza monitora, gdzie patrzy, co tu przepisać... najlepiej na sen i uspokojenie, żeby mieć dla siebie ocalenie i tak szybko starego nie zobaczyć. Co innego taka nastolatka, co po zwolnienie od zajęć szkolnych przychodzi, bo jej katarek doskwiera, a jutro matma, i historia... cholera. Spojrzeć na młode ciałko, zapisać syropek to nie co słuchać serca między obwisłymi tykwami( znaczy piersiami) i szukać szmerów w płucach przez fałdy na plecach , czy szukać żołądka jak tu oponki od piersi do końca brzucha. 
A gdy młodą kobietę nóżka zaboli to istna przyjemność tak sprawdzać od pęciny w górę, aż już za kolanko i jeszcze wyżej, bo dobrze trzeba zdiagnozować ból. W końcu lekarz też przyjemność w pracy jakąś mieć musi. Gdy przyjdzie bardzo już zniedołężniała staruszka, to nasuwa się pytanie... po co tu przyszła z tym bolącym kolanem i nie sprawdzi lekarz co z nim jest. Powiedziała, że boli to uzna to i zapisze lek, a potem szybko następny pacjent, bo on nie ma czasu, bo inny już czeka w kolejce pacjent, a on nie ma czasu, bo on też zdrowia nie ma, zresztą nie jeden ma etat, do szpitala jeszcze musi jednego i drugiego, bo żona z trzecim dzieckiem jest w ciąży więc on zapierdalać musi, bo trudno to nazwać leczeniem. 
Aż tu przychodzi Stara Kobieta, ta co zapomniała, ale pamięta, że noga jest sina, że w plecach ją zgina i to nie jest żadna kpina, ona nie wygląda, ale potrzebuje pomocy. I nie da się od pana ortopedy wyprosić, choć on nie może jednocześnie pomóc na plecy i nogę podczas jednej wizyty, bo tak się nie robi. 
- Takie są procedury więc niech się pani zdecyduje na co obecnie choruje, bo nie można Stara Kobieto, mieć zwichniętej nogi i jednocześnie rwy kulszowej. Takie są przepisy niestety. 
Jak to w tych warunkach cokolwiek zapamiętać? Choć twarz tego doktorka zapamiętałam, a on mnie popamięta też długo, bo zdecydowałam, że nie ruszę się z miejsca aż on nie nagnie się, żeby zechcieć Starą Kobietę ratować. W prosty sposób to w sumie zrobiłam... zagroziłam... wrócę tu jeszcze i wracać będę wiele razy.
To przez ten brak pamięci mogę tak zrobić...nie pamiętam, że tu już byłam i znowu przybyłam. Czy pan doktor tego chce? Inteligenty cholera był... nie chciał bym była jeszcze choć jednego razu... od razu, na zapas zbadał mi nóżki dwie i plecy, kręgosłup, przeponę i kręgi szyjne i głowę i zajrzał w oczy światełkiem, sprawdził odruchy Pawłowa. Odsapnął niezadowolony, bo ponoć za trzech pacjentów zabrałam mu czas.  Zapisał rehabilitację, receptę i kazał pokazać za jakiś czas, nie prędzej jednak niż za rok (dobrze wiedział, że wcześniejszych niż za rok terminów już nie ma).

No tak, to przez ten ból zapomniałam, ale już sobie przypomniałam...
Miało być o KOZIE, co jedną taką znałam, ale w poprzednim tekście o niej nie napisałam. Ta KOZA mieszkała naprzeciwko w tym czasie jak ja tam jeszcze mieszkałam, bo jak już nie mieszkałam, to była naprzeciwko, ale Krzyśka INDORA, o którym też nie wspomniałam, a jego historia warta jest zapamiętania. Otóż ten INDYK ciągle myślał jak tu zarobić większy szmal, jak tu zarobić, ale specjalnie nie urobić i najlepiej cudzymi rączkami za to się brać. Tak myślał, wymyślał aż wpadł na plan... szybko go zrealizował i już myślał o najbliższej niedzieli jak łup zdobyty nieuczciwie (to oczywiste) poniedzieli. A już o 6 rano w piątek , piąteczek, piątunio ABW go zabrało, BMW skonfiskowało, (co twierdził, że nie jego, jego są tylko skarpetki i sznurówki. Skarpetki mu zostawili tylko sznurówek pozbawili). I do tej pory żoneczce HALINCE INDYCZCE i indyczkom małym tateczki INDORA nie oddało.
Inaczej było z Danką KOZĄ, co tak fikała, fikała, i takie czyniła starania, że by 500+ na legalu zarobić, i szacun... wielki trzykrotnie koźlątka powiła. Paweł KOZIOŁ tata nie był zadowolony, podejrzewał, że przyprawia mu rogi. Ale mniejsza z tym, ona ta KOZA też nie była zadowolona. Podskakiwała, wyskakiwała, że za mało, i jeszcze za mało na koźlątka od prezesa co ma KOTA dostała i przy tym skakaniu nóżkę sobie złamała. I to był koniec. Szpilek już nie zakładała. W tym stanie rzeczy KOZŁOWI już się nie podobała, więc ją zostawił dla innej KOZY, a ta została sama i ma nadzieję, że spotka jeszcze po tym KOŹLE inna ofiarę losu, co by przymknęła oko na jej pląsy i skoki (zwłaszcza te w boki).



piątek, 18 listopada 2016

Home Sweet Home... Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej... opowiada Beata.



Dom, to miejsce, do którego chętnie wracasz, gdzie czujesz się najlepiej. A najlepiej czujesz się w miejscu przez ciebie samą stworzonym, co daje ci poczucie bezpieczeństwa. I nie jest istotne czy ściany w tym domu notarialnie są twoje czy też za ciężkie pieniądze wynajęte. Dom to miejsce, które TY tworzysz. Ono pokazuje kim jesteś, co lubisz i kochasz, czy jadasz posiłki w większości na mieście, czy eksperymentować lubisz w kuchni. Może jesteś wesołym ekstrawertykiem lub dla odmiany zamkniętym w sobie introwertykiem, minimalistą, czy chłodnym, wyważonym jednakże optymistą. 


Upływa czas, zmieniają się miejsca i ludzie. Inne priorytety biorą górę i...i kompromis, który przeważnie musi być zawarty w dyskusji nad gustami, gdy z kimś drugim zaczynasz nowe życie.
Tak czy inaczej musi się to jakoś spleść, by dom był tym dobrem miłym, życzliwym, takim, w którym chce się być, i do którego twoi przyjaciele garną się stadnie. Też chcą w nim być.


Tego wszystkiego bym nie wiedziała, gdyby nie moja mama, która od dziecka mi pokazywała... kolory, ozdoby, serwety, nakrycia, poszycia, haftowane pościele, koraliczkowe podkładki i wszędzie kwiatki, a do tego książki, bo.... bo w książkach jest drugie i inne życie... jak mawiała. I jeszcze jedno powiadała... nawet jak się zdarzy, że w życiu nic nie będziesz miała, to pamiętaj, żeby herbaty nie pić w szklance tylko ładnej filiżance, a chleb ze smalcem podany na ładnym talerzu i serwecie z haftem richelieu, może głodu ci nie nasyci, ale humor poprawi, a to.... w życiu najważniejsze.


Dziś mam lat 59. Miałam duże wielopokojowe mieszkania (nie jedno i nie dwa), i dom wielki też był na działce 1200m2. To wszystko sama urządzałam i czułam się w tych miejscach znakomicie. Ale to już było. Ot.. życie. Od  2003 roku 7 razy się przeprowadzałam, zmieniałam mieszkania. Nie swoje upodobania.
Dzisiaj metrów wynajętych jest 50. 
Zmieniły się metry i własność, nie zmieniła się jakość. Mieszkam w domu, który jest odzwierciedleniem mnie... a ja lubię się.
Nowoczesność miesza się w moim domu ze starociami, wygoda z ograniczeniami jakie daje mała powierzchnia, a na ścianach regały z książkami, a jest ich ze 4 (może więcej) tysiące bez mała. Do tego w każdym możliwym kącie, na komodzie, na półce czy szafie... kwiaty. Pomiędzy nimi mnóstwo pamiątek, porcelanowych figurek (co niektórzy durnostojkami nazywają) po babci, mamie, sprezentowanych i kupionych.
Ściany zawsze są w ciepłych kolorach pomalowane. Podstawa to rozbielony kolor pomarańczy, brzoskwinia , kremowy lub ciepły beż i do tego dodatki czyli świece (dużo świec) w zależności od pory roku... rdzawopomarańczowe, brązowe i kremowe jesienią, choć kwiaty, kwiaty są zawsze zielone. Wiosną zielono, jasnożółte (cytrynowe)  naczynia i kubki, a nawet pościele i zasłonki, co latem przechodzą w słonecznie ciepłe żółcie, jasne czerwienie i wszystkie owoce leżą w wiklinowych koszach. Wiklina jest także w łazience, gdzie jej granatowy kolor na białej wiszącej szafce łączy się wspaniale z granatowymi wstawkami w piaskowopomarańczowych kafelkach, a fugi brązowe współgrają  idealnie z ciemnobrązowym, wielkim koszem wiklinowym, gdzie pochowane są różne drogeryjne, potrzebne artykuły. Kolor ręczników i dodatków w kuchni czy w łazience zależą również od tego czy na drzewie za oknem liście wiszą zielone czy puszkiem zimowym, srebrzystym są opatulone.


Teraz zbliżają się święta zimowe więc letnie gąski porcelanowe, wyparły dynie , które za chwilę wyprze domek – kominek, a obok niego zimowe bajkowe postacie. Misie już niegolutkie tylko w zimowych czapach i naszytych ciepłych łatach.
Serwetki słoneczniczki zastąpią dziergane z zielonymi choinkami (te papierowe też są zawsze pod kolor dobrane), a świeczki cytrynowe zastąpią złote, czerwone, jaskrawopomarańczowe i poduchy z kwiecistych sukienek zastąpią futrzane okrycia. Letnie pledy i kocuszki będą odpoczywać w szafie, a za ogrzewanie swym już na sam widok gorącym wyglądem wezmą się grube, miękkie obszerne kocyki. Jeszcze światło. Ono jest ważne... w każdym punkcie mieszkania można inną lampę zapalić, w zależności od potrzeby i nastroju. Gdy chcę poczytać, lepiej zobaczyć, coś widzieć, ale nie  za bardzo; dodać blasku czy tajemnicy lub nastroju odpowiednią lampę włączam.
Mogę usiąść w wygodnym fotelu, włączyć ulubione melodie,  nalać kieliszek wina, zapalić świecę bez zapachową, bo z piekarnika rozchodzi się właśnie zapach pieczonego sernika. Zza białej koronkowej firanki, przysłoniętej nieznaczne pomarańczową lekką zasłonką gałęzie bezlistnego drzewa kołyszą się zuchwale, a tu ... ciepło, choć kaloryfer zimny, ale być inaczej nie może, on służy za półkę na książki i tych dwóch ról pogodzić nie może. 
Siedzę sobie i patrzę, na te meble nowoczesne tylko tak zrobione na stare, regały zupełnie proste i na ten stolik do kawy zupełnie stary, a na nim laptop wiśniowy, fotografie, zegar na ścianie z miarowym tykaniem. To moje poczucie bezpieczeństwa. Jeszcze ten zapach się unoszący... rozmarzyłam się... o cholera... chyba sernik się spalił. 


Sernik to nic... zrobię placek ze śliwkami.
Pewnie jeszcze kiedyś będę mieszkać gdzie indziej, ale moje wystroje, firanki, makatki, świeczniki, kwiaty, książki, wazony, gary, durnostojki... itd. Pójdą za mną. A potem jak mój stan życia ziemskiego się definitywnie rozleci, to moja córka weźmie te rzeczy i z ich części na pewno swój dom skleci. Na tej pamięci koloru ścian domu, w który, się wychowała.
Wszędzie dobrze, ale najlepiej w domu, przez Ciebie stworzonym.

Dla tych, którzy się do tej myśli stosują... kody rabatowe na zakupy w Sklepie Home & You...